Przyjaciele

W niewielkim pokoju przy okrągłym, drewnianym stole, siedział mężczyzna w mundurze kanadyjskiego lotnika. Przed nim leżała kartka listowego papieru do połowy zapisana rzędami smukłych, lekko pochylonych liter.
Z zewnątrz dobiegł odgłos silników startującego samolotu. Mężczyzna odruchowo spojrzał w okno i gdy w szybie zobaczył swoje odbicie wydało mu się, że patrzy na obcego człowieka. Od tamtej pamiętnej nocy minęło już kilkanaście miesięcy, a on nadal nie mógł się przyzwyczaić do swojego zmienionego wyglądu.
Po chwili ocknął się z zamyślenia i wrócił do pisania. „Wierzę, że boska opatrzność ocaliła mnie po to, abym mógł opowiedzieć co się wtedy wydarzyło i aby wszyscy dowiedzieli się o odważnym człowieku, który dla ratowania przyjaciela nie zawahał się poświęcić własnego życia…”.

Odrestaurowany Lancaster MK X z oznaczeniami kanadyjskiego 419 Dywizjonu Łosi

Odrestaurowany Lancaster MK X z oznaczeniami kanadyjskiego 419 Dywizjonu Łosi (źródło Wikipedia)

Łosie atakują!

15 grudnia 1941 roku w Mildenhall sformowano 419 dywizjon RCAF. Pierwszym dowódcą jednostki był jeden z najlepszych kanadyjskich pilotów bombowców – Wing Commander John „Moose” Fulton. Kiedy wybuchła wojna Fulton przebywał na Wyspach służąc w jednym z dywizjonów bombowych RAF. Obejmując stanowisko dowódcy 419 dywizjonu RCAF Fulton wniósł w „posagu” opinię doskonałego pilota i nawiązującą do jego kanadyjskiego pochodzenia ksywkę „Moose”, czyli „Łoś”.
Gdy w sierpniu 1942 roku bombowiec dowodzony przez Johna „Moosa” Fultona nie powrócił z wyprawy nad Hamburg, lotnicy 419 dywizjonu na cześć swojego poległego dowódcy zaczęli o sobie dumnie mówić „Moosemen”. 419 dywizjon stał się „Moose Squadron” – „Dywizjonem Łosi”, a jego godłem została sylwetka atakującego łosia z podpisem „Moosa aswayita!”, co w języku Creek oznacza – „Łosie atakują!” Był to jedyny przypadek w historii kanadyjskiego lotnictwa, kiedy dywizjonowi nadano nazwę, która miała być wyrazem hołdu dla jednego człowieka.

Strzelcy

Mynarski portret

Andrew Mynarski w 1943 roku (źródło Wikipedia)

W marcu 1944 roku w Dywizjonie Łosi zameldował się Andrew Charles Mynarski. Urodzony 14 października 1916 w Winnipeg potomek polskich emigrantów był strzelcem pokładowym. Przeniesiony z innego dywizjonu dołączył do załogi w składzie – Art de Breyne – pilot, Roy Vigars – mechanik pokładowy, George Patrick Brophy – tylny strzelec, Jim Kelly – radiotelegrafista, Jack Friday – operator bombowy i Robert Bodie – nawigator.
Mynarski miał zastąpić swojego poprzednika Kena Branstona – górnego strzelca, który zginął podczas jednej z wypraw bombowych. Mynarski najbardziej zżył się z Georgem „Patem” Brophym, który obsługiwał ogonową wieżyczkę strzelecką. Strzelcy pokładowi odpowiadający za bezpieczeństwo całej załogi w przypadku ataku nocnego myśliwca byli najbardziej narażeni na ostrzał. Stanowiska obu strzelców znajdowały się w tylnej części kadłuba i z przednią kabiną łączyło je jedynie wąskie przejście nad komorą bombową. Podczas lotu odizolowani od reszty załogi strzelcy mogli liczyć wyłącznie na siebie. Być może dlatego obaj lotnicy szybko się zaprzyjaźnili i zawsze trzymali się razem.

Załoga Lancastera VR-A - od lewej: Pat Brophy, Jim Kelly, Roy Vigars, Art de Breyne, Andrew Mynarski, Jack Friday, Bob Bodie

Załoga Lancastera VR-A – od lewej: George „Pat” Brophy, Jim Kelly, Roy Vigars, Art de Breyne, Andrew Mynarski, Jack Friday, Bob Bodie (źródło www.zurakowskiavroarrow.weebly.com

Nowy samolot, nowe wyzwania

Tuż przed inwazją na Kontynent Dywizjon Łosi otrzymał nowe, wyprodukowane w Kanadzie Lancastery MK X. Załoga Mynarskiego dostała maszynę o numerze KB726 i oznaczeniu kodowym VR-A.
Od momentu inwazji w Normandii charakter misji wykonywanych przez załogi 419 Dywizjonu zmienił się radykalnie. Do tej pory ciężkie czterosilnikowe bombowce, uczestnicząc w nalotach strategicznych na III Rzeszę, operowały na pułapie ponad 6 tysięcy metrów. Teraz, kiedy celem Lancasterów stały się położone za linią frontu drogi, mosty i tory kolejowe, pułap lotów obniżono do zaledwie 1.500 – 2.000 metrów. Miało to zapewnić większą precyzję bombardowań i zapobiec powstaniu niepotrzebnych zniszczeń na terytorium sojuszniczej Francji. Niestety nie pozostało to bez wpływu na bezpieczeństwo załóg bombowców, które stały się dużo łatwiejszym celem zarówno dla artylerii przeciwlotniczej, jak i nocnych myśliwców.

Czterolistna koniczynka

W pogodny wieczór 12 czerwca 1944 roku siedmioosobowa załoga Lancastera VR-A wraz z pozostałymi lotnikami 419 Dywizjonu czekała na sygnał do startu. Tym razem celem nalotu miał być węzeł kolejowy w miejscowości Cambrai, do tej pory znanej z tego, iż podczas I wojny światowej stoczono tam bitwę, w której po raz pierwszy z powodzeniem użyto czołgów.
Zgromadzeni na trawiastej płycie lotniska lotnicy zastanawiali się czy wyprawa  nie zostanie w ostatniej chwili odwołana z powodu niesprzyjających warunków atmosferycznych, jak to się już wielokrotnie zdarzało. Wśród oczekujących młodych ludzi wyczuwalne było nerwowe napięcie.
Każda wyprawa kosztowała życie kolejnych lotników, a dla wszystkich jasne było, iż o ich losie decyduje przede wszystkim łut szczęścia. Członkowie załóg nadlatujących nad cel bombowców mogli tylko bezradnie patrzeć na rozrywające się wokół pociski artylerii przeciwlotniczej, ufając przy tym, że żaden nie trafi w ich samolot. Świadomość znikomego wpływu na własne przeznaczenie powodowała, iż „chłopcy z bombowców” – jak ich nazywano, byli zwyczajnie, po ludzku, przesądni.
- Nie mogli wybrać innego terminu? Kto to wymyślił, żebyśmy lecieli pod szwabskie lufy akurat trzynastego w piątek?
- Pat, pociesz się, że nie masz najgorzej. Ja mam dubeltowego pecha - na twarzy Mynarskiego pojawił się uśmiech - Nie dość, że nad Cambrai dolecimy trzynastego, to jeszcze będzie to mój trzynasty lot w twoim towarzystwie.
Mówiąc to, podniósł dłoń i Brophy zobaczył, że trzyma w niej czterolistną koniczynkę.
 - Znalazłem przed chwilą. Trzymaj ją przy sobie, a na pewno wrócisz cały i zdrowy.

Brophy schował prezent pod hełmofonem, nie wiedząc wówczas, że do końca życia będzie sobie zadawał pytanie jak potoczyłyby się jego losy gdyby Mynarski zostawił koniczynkę dla siebie…

George "Pat" Brophy (źródło www.zurakowskiavroarrow.weebly.com )

George „Pat” Brophy (źródło www.zurakowskiavroarrow.weebly.com )

Uwaga myśliwiec!

Wbrew przeczuciom niektórych lotników wyprawy nie odwołano i wkrótce wszystkie maszyny 419 Dywizjonu znajdowały się w powietrzu.
Pierwsze problemy Lancastera VR-A zaczęły się po minięciu francuskiego wybrzeża, kiedy samolot został złapany w snop światła przeciwlotniczych reflektorów. Na szczęście dzięki opanowaniu i kunsztowi pilota, po serii karkołomnych manewrów, udało się uciec w ciemność.
Kiedy samolot zbliżał się do celu i pilot zaczął obniżać lot do pułapu, z którego miały być zrzucone bomby, w słuchawkach zabrzmiał alarmujący głos Pata Broph’ego – Tylny strzelec do załogi. Myśliwiec na godzinie szóstej!
Wrogą maszyną, którą dostrzegł Brophy był nocny myśliwiec Junkers Ju-88G z jednostki 7./NJG2 pilotowany przez Oblt. Heinza Reutera.
Od tego momentu wydarzenia potoczyły się błyskawicznie. Niemiec, zgodnie ze sprawdzoną taktyką, zaatakował z tyłu i od dołu, wiedząc, że od tej strony bombowiec jest najsłabiej broniony. Na salwę z działek odpowiedziały mu cztery sprzężone Browningi obsługiwane przez Broph’ego. Jednocześnie de Breyn robił wszystko, aby uciec niemieckiemu myśliwcowi z celownika i wyrwać się z zasięgu jego radaru. Niestety szybko okazało się, że obciążony bombami Lancaster nie ma szans w starciu z szybszą i zwrotniejszą maszyną.
Pociski z niemieckich działek zapaliły dwa silniki na lewym skrzydle bombowca i eksplodowały w tylnej części kadłuba niszcząc instalację hydrauliczną. Wyciekający z niej płyn natychmiast zaczął płonąć podsycając szybko rozprzestrzeniający się pożar. Unieruchomione wieżyczki strzeleckie zamilkły. Samolot, pozbawiony mocy dwóch silników, szybko tracił wysokość i w każdej chwili mógł zacząć spadać w niekontrolowany sposób. Lancaster VR-A stał się płonącym, bezbronnym wrakiem.

Skaczemy!

Kapitan Art de Breyn nie miał wyboru, rozkaz opuszczenia samolotu był jedyną decyzją jaką można było podjąć w tych okolicznościach.
Lotnicy siedzący w przedniej części Lancastera bez przeszkód wyskoczyli z samolotu i wkrótce cała piątka bezpiecznie lądowała ze spadochronami na ziemi.
Sytuacja strzelców pokładowych okazała się o wiele bardziej skomplikowana. Pociski, które zdemolowały część ogonową bombowca, pozrywały przewody interkomu i pozbawiły Pata Brophy’ego i Andrew Mynarskiego łączności z resztą załogi. Oboje nie mogli usłyszeć ostatniego rozkazu swojego dowódcy i o tym, że muszą natychmiast opuścić samolot dowiedzieli się widząc pulsujący sygnał czerwonej lampki alarmowej.
Tylny strzelec mógł wyskoczyć bezpośrednio ze swojej wieżyczki, albo przejść do kadłuba i skorzystać ze znajdującego się tam wyjścia ewakuacyjnego. W jednym i drugim przypadku musiał ustawić wieżyczkę w położeniu umożliwiającym jej opuszczenie. Ponieważ pociski niemieckiego myśliwca zniszczyły instalację hydrauliczną i unieruchomiły wieżyczkę, można nią było poruszać wyłącznie za pomocą ręcznego pokrętła.
Brophy chwycił za uchwyt, szarpnął i … zamarł w przerażeniu – urwany element pozostał w jego dłoni. Był w pułapce.

Zjawa

Nieopodal lotniska na którym stacjonował Dywizjon Łosi znajdował się pub, w którym lotnicy odreagowywali stres, wspominali poległych kolegów i cieszyli się z każdego szczęśliwego powrotu do bazy.
Był marzec 1945 roku. Przy jednym ze stolików siedział kapitan Art de Breyn. Pogrążony w myślach pilot sączył piwo i wspominał czasy kiedy przychodził tutaj ze swoją załogą. Z całej siódemki było ich teraz tylko trzech – dzięki pomocy Francuzów do Anglii powrócili Pilot Art de Breyn, radiotelegrafista Jim Kelly i nawigator Robert Bodie.
Mechanik pokładowy Roy Vigars i operator bombowy Jack Friday również przeżyli, ale schwytani przez Niemców trafili do obozu jenieckiego.
Jako ostatni z płonącego bombowca wyskoczył Andrew Mynarski. Jego płonący spadochron był doskonale widoczny na tle nocnego nieba, dlatego francuscy rolnicy bardzo szybko dotarli na miejsce upadku. Odnaleźli nieprzytomnego lotnika w spalonym kombinezonie, który na hełmofonie miał wyraźny napis „Andy”.
W wyniku poparzeń i obrażeń jakie odniósł spadając na uszkodzonym spadochronie, Andrew „Andy” Mynarski żył tylko przez kilka godzin po upadku, zmarł zanim dowieziono go do lekarza.
Otwartej czaszy siódmego spadochronu i lądującego z nim ostatniego członka załogi Lancastera VR-A nikt nie widział. Jednocześnie żaden z ocalałych członków załogi nie mógł potwierdzić, że ich kolega zginął.
Pat Brophy został oficjalnie uznany za zaginionego, ale Art De Breyn nie miał złudzeń, co do losów swojego podkomendnego. Kiedy opuszczał bombowiec podziurawiony ogon płonącej maszyny przypominał wielką pochodnię. Nie było sensu się oszukiwać – wszystko wskazywało na to, że ciała Pata Broph’ego należy szukać w szczątkach rozbitego Lancastera…
Rozmyślania siedzącego samotnie pilota przerwała postać, która zatrzymała się tuż przed nim. Art De Breyn wolno podniósł wzrok i zobaczył przed sobą całkowicie łysego mężczyznę z twarzą pozbawioną brwi i rzęs, który łagodnie się do niego uśmiechał.
De Breyn zbladł, odchylił się gwałtownie do tyłu i krzyknął – „Zostaw mnie w spokoju! Odejdź! Nie znęcaj się nade mną!” – był pewny, że ma do czynienia ze zjawą – z duchem człowieka, który nie żył od ponad pół roku.

Opowieść lotnika

Po raz pierwszy Pat Brophy pożegnał się z życiem kiedy w dłoni pozostało mu ułamane pokrętło mechanizmu poruszającego wieżyczką. Chwilę później przez pleksiglasową osłonę zobaczył Mynarskiego.
Andrew opuścił swoje stanowisko i szybko przedostał się do tylnego wyjścia. Otworzył je, stanął gotowy do skoku i w ostatniej chwili spojrzał w moim kierunku. Musiał się zorientować, że jestem w pułapce, bo natychmiast odstąpił od wyjścia i ruszył do mnie. W tylnej części Lancastera jest tak mało miejsca, że Andrew na kolanach i łokciach brodził w płonącym oleju. Kiedy do mnie dotarł jego kombinezon i spadochron częściowo się paliły. Krzyczałem żeby uciekał bo i tak mi nie pomoże, ale on w ogóle mnie nie słuchał. Stojąc w ogniu sięgającym mu do pasa, chwycił wiszący na ścianie kadłuba strażacki toporek i zaczął wyrąbywać przejście do wieżyczki. Później próbował rozginać poszarpane blachy. Wszystko nadaremnie. Krzyczałem – Wracaj! Wyskakuj! Ratuj się! W końcu odpuścił… Zrozumiał, że jest bezsilny, że nic mi nie pomoże. Zaczął się wycofywać znowu brodząc w płonącym oleju. Cały czas patrzył na mnie takim wzrokiem, jakby przepraszał, że nie zdołał mnie uratować… Ostatni raz widziałem go, jak w palącym się kombinezonie stanął na baczność i patrząc w moim kierunku coś powiedział. Jestem pewny, że to było – „Dobranoc przyjacielu…”. Potem zasalutował i wyskoczył.
Wtedy Brophy pożegnał się z życiem po raz drugi.
„Zacząłem się modlić”.
Lancaster nieco wyrównał lot i teraz stabilnym ślizgiem schodził coraz niżej. „Zdrowaś Maryio łaski pełna…”
Do ziemi pozostawało zaledwie kilkadziesiąt metrów. W świetle płomieni widać już było wierzchołki drzew.
„…módl się za nami grzesznymi…”.
Huk, chrzęst poszarpanej blachy. Bombowiec uderza lewym, płonącym skrzydłem w masywne drzewo i obraca się wokół własnej osi. Brophy traci przytomność. Dwie z dwudziestu ćwierćtonowych bomb eksplodują rozrywając kadłub. Oderwany ogon samolotu, odrzucony siłą wybuchu, zatrzymuje się na gałęziach stojącego ponad dwadzieścia metrów dalej drzewa. Wieżyczka strzelecka pęka jak rozłupana skorupa orzecha i Brophy spada na ziemię.
Jest wolny. Wraca świadomość. Leży w jakimś płytkim rowie. Nie czuje bólu, może ruszać rękami i nogami. Podnosi się i upewnia, że nie doznał żadnych obrażeń. Zdejmuje hełmofon i pośród własnych włosów, które wskutek silnego stresu zaczęły wypadać całymi kosmykami, znajduje czterolistną koniczynkę.
Jest piątek trzynasty czerwca. Wskazówki rozbitego zegarka zatrzymały się trzynaście minut po północy…

Epilog

Nalot na Cambrai okazał się bardzo kosztowny dla 419 Dywizjonu. Z nocnej wyprawy nie powróciły 3 bombowce, a 12 lotników, w tym cała załoga Lancastera o numerze KB 714 i oznaczeniu kodowym VR-Y, zginęło.
Oblt. Heinz Reuter jako pilot nocnego myśliwca odnotował 12 potwierdzonych zestrzeleń. Przeżył wojnę i po latach opisał okoliczności w jakich doszło do zestrzelenia Lancastera VR-A.
Dzięki Patowi Brophy’emu, który opowiedział co wydarzyło się pamiętnej czerwcowej nocy, Andrew Mynarski jako drugi w historii kanadyjski lotnik został pośmiertnie odznaczony Krzyżem Wiktorii – najwyższym brytyjskim odznaczeniem wojennym. W dniu 12 grudnia 1946 roku odznaczenie wręczono jego matce Stanisławie Mynarskiej.
Nazwiskiem Mynarskiego nazwano m.in. połączone trzy jeziora w prowincji Manitoba w Kanadzie, a w Winnipeg – jego rodzinnym mieście – szkołę oraz nowo utworzony park. W 1973 roku Andrew Mynarski został wpisany na listę Kanadyjskich Sławnych i Zasłużonych Lotników.
Muzeum Samolotów Bojowych w Hamilton odrestaurowało Lancastera MK X dedykując go pamięci Mynarskiego i wszystkich lotników, którzy służyli na tych bombowcach. Samolot posiada numer KB-726 i oznaczenie kodowe V-RA kanadyjskiego 419 Dywizjonu Łosi – dokładnie takie same jakie miała maszyna załogi Mynarskiego i jest obecnie jednym z dwóch latających Lancasterów na świecie.
W 2006 roku w Ottawie odsłonięto popiersie Andrew Mynarskiego, a rok wcześniej w Middleton St. George, gdzie podczas II wojny światowej stacjonował 419 Dywizjon Łosi, odsłonięto duży pomnik z brązu przedstawiający Mynarskiego w kombinezonie lotniczym.
Georg „Pat” Brophy przeżył wojnę, wrócił do Kanady, a kiedy rozpoczął się konflikt w Korei ponownie zgłosił się do RCAF. Włosy nigdy mu nie odrosły, ale Pat niechętnie opowiadał o swoich wojennych przeżyciach i tylko najbliżsi wiedzieli w jakich okolicznościach je stracił.
Zawsze powtarzał, że ocalał cudem tylko dlatego, aby mógł dać świadectwo heroicznej postawie swojego przyjaciela Andrew Mynarskiego…

Mynarski_Memorial_StatueAndrew_Mynarsky_bust

wybrana netografia (dostęp 26.09.2014):

http://www.bombercommandmuseum.ca/index.html

http://zurakowskiavroarrow.weebly.com/a-mynarski.html

http://www.constable.ca/caah/mynarski.htm

http://www.raf.mod.uk/history/bombercommandno419squadron.cfm

http://www.canadianwings.com/Squadrons/squadronDetail.php?No.-419-Squadron-78

http://www.penholdbase.ca/mynarski.htm

http://www.forvalour.manlab.com/english/mynarski/photo-eng.html

 

12 Komentarze

  1. Hej :) Twoje teksty są naprawdę swietne i prezentuja naprawdę bardzo wysoki poziom :) Juz nie mogę się wrzecz doczekac kolejnego wpisu ;) Mam więc pytanie, na kiedy go planujesz? Odpowiedz, a obiecuje, ze znajde sobie tego wieczoru chwilke na to, by usiasc przy herbacie i wczytac się w to co masz do przekazania :)

  2. Naprawdę świetny tekst, bardzo dobrze napisany i strasznie ciekawy, samą przyjemnością było jego przeczytanie od samego początku do końca, ale tak samo jak wszystkie twoje posty są warte przeczytania. Piękne dodane zdjęcia, uwielbiam stare zdjęcia i uwielbiam takie właśnie historie o ludziach z dawnych lat.

  3. Widzę tutaj masę pozytywnych komentarzy więc zostaje mi jedynie również się pod nimi podpisać i powiedzieć, że historia jest mega ciekawa i wciągająca. Pozdrawiam! ;)

  4. Po wstępie do tej historii nie było innego wyjścia – musiałem przeczytać. I przyznam, że bardzo lubię tego typu interesujące historie. W ogóle rzuciłem okiem na inne publikowane na tym bloku i wszystkie są naprawdę warte przeczytania :) Mnie takie wojenne często opowiadał dziadek, na dobranoc przed snem.

  5. Tak jest to jest to stare dobre historie. Ja osobiście bardzo uwielbiam te, o starych czasach jak ludzie kiedyś żyli i jak sobie radzili. Jakie były, wtedy obrzędy i ogólnie jacy ludzie byli, dla siebie. Uważam, że im nowocześniejsza historia tym bardziej agresywna i pełna nienawiści ciekawe, czy to zauważyliście.

  6. Witam
    Wiele ludzi przeżywa każdego dnia swoje historie. Ta opowiedziana przez Ciebie była naprawdę fantastyczna. Dla mnie trochę dramatyczna wręcz, często traci się ludzi w różnych okolicznościach, ale zawsze zostają w naszej pamięci i to najbardziej się liczy. Dlatego warto o nich wspominać i pomyśleć czasem.Pozdrawiam

  7. Świetny post napisany świetnym językiem, który bardzo potrafi zainteresować. Uwielbiam tego typu posty i po przeczytaniu tego zyskałeś sobie fana, który będzie wchodzić tutaj systematycznie i sprawdzać czy przypadkiem nie ma jakiegoś nowego posta. Pozdrawiam serdecznie i czekam z niecierpliwością!

  8. Twoje posty potrafią cholernie mnie zaciekawić. Potrafisz pisać w sposób jaki wielu chciałoby mieć. Nie każdy zdaje sobie sprawę, ale ciężko jest władać piórem w taki sposób aby zaciekawić swoich czytelników. Rób to co kochasz, a zajdziesz daleko. Pozdrawiam serdecznie i czekam na kolejne wpisy.

  9. Przyznaję rację moim poprzednikom. Faktycznie czytając twoje posty szybko można się wciągnąć i być zainteresowanym. Temat nie dla mnie lecz mojego brata, który jest w wojsku i od małego ma do tego smykałkę oraz zamiłowanie. Polecę mu tego bloga, będzie zadowolony! :)

  10. Opowiadania takie jak te to rzecz, która potrafi mnie odprężyć. Prawda jest taka, że niewielu ludzi potrafi pisać w taki sposób jak Ty to robisz! Muszę przyznać, że masz talent i mimo jakiejkolwiek krytyki którą spotkasz głowa do góry i rób to, co do Ciebie należy. Pozdrawiam serdecznie!

  11. Uwielbiam stare i ciekawe historie opowiedziany w interesujący sposób tak jak to tutaj zostało pokazana. Pamiętam jak dziadek godzinami opowiadał mi o swoich udziałach w drugiej wojnie światowej, nie chciałbym nigdy przeżyć czegoś podobnego ale bardzo mnie to interesuje dlatego będę wpadał tu częściej.

    Pozdrawiam

Odpowiedz na „~MarekAnuluj pisanie odpowiedzi

Wymagane pola są oznaczone *.