Zabójcza przynęta

17 lutego 1917 roku u południowych brzegów Irlandii panowała piękna, słoneczna pogoda. Na tle bezchmurnego nieba sylwetka niewielkiego brytyjskiego parowca wolno płynącego w kierunku angielskiego wybrzeża była doskonale widoczna.
Dowódca u-bota - Kapitan Bruno Hoppe, nie miał najmniejszych problemów z dostrzeżeniem zbliżającego się celu i d
okładnie o 9:45 rano sielankę pogodnego, zimowego poranka zakłóciła gwałtowna eksplozja.
Hoppe, obserwujący rozgrywające się na powierzchni wydarzenia przez peryskop, widział że na statku zauważono zbliżające się zagrożenie i w ostatnim momencie próbowano zmienić kurs.
Na niewiele się to zdało. Torpeda trafiła w prawą burtę i eksplodowała tuż obok maszynowni. Wkrótce na pokładzie pojawiły się sylwetki marynarzy, którzy zaczęli w pośpiechu opuszczać na wodę szalupy ratunkowe. Jedna z nich, najwyraźniej opuszczana zbyt pospiesznie, zawisła krzywo, bujając się na linach tuż przy burcie, co potęgowało wrażenie panującej na pokładzie paniki. Pozostałe dwie, wraz z przywiązanym do jednej z nich niewielkim pontonem, szybko oddaliły się od unieruchomionego parowca. Ten, pozostawiony sam sobie, powoli nabierał wody. Wszystko wskazywało na to, że los opuszczonego wraku jest przesądzony i jedyną niewiadomą jest tylko to, jak długo jeszcze utrzyma się on na powierzchni.
Pozostający w zanurzeniu okręt podwodny wolno opłynął tonący statek, a wystający z wody peryskop świadczył o tym, że dowódca u-bota cały czas bacznie lustruje co dzieje się na powierzchni. Kiedy okręt przepływał pod dryfującymi szalupami, peryskop niemal otarł się o ich burty, a rozbitkowie mimowolnie ściszyli głosy, jakby bali się, że mogą zostać podsłuchani.
Wkrótce po tym U-83 wynurzył się. Była dokładnie 10:10 kiedy kapitan Hoppe pojawił się w otwartym włazie okrętowego kiosku. Doświadczony podwodniak spojrzał w kierunku tonącego statku i osłupiał ze zdziwienia. Ułamek sekundy później uświadomił sobie, że popełnił największy błąd w swoim życiu…

ubot

Przełom

W momencie wybuchu I wojny światowej niemiecka marynarka wojenna dysponowała 28 okrętami podwodnymi. Według pierwotnych założeń u-boty miały być przeznaczone do ochrony własnych wód terytorialnych i do wykonywania zadań rozpoznawczych. O tym, że Niemcy nie planowali ofensywnego wykorzystania okrętów podwodnych, świadczy między innymi fakt, iż zaledwie dwa z nich były uzbrojone w działa pokładowe – pozostałe dozbrajano już po wybuchu wojny.
Brytyjska Admiralicja, świadoma niedoskonałości i technicznych ograniczeń pierwszych okrętów podwodnych, całkowicie zlekceważyła potencjalne zagrożenie z ich strony. Uważano, że u-boty są zbyt powolne i jest ich zbyt mało, żeby mogły skutecznie zagrozić brytyjskim okrętom i statkom handlowym.
Wszystko zmieniło się 21 września 1914 roku kiedy u wybrzeży Holandii, niemiecki U-9 dowodzony przez kapitana Ottona Weddigena, w ciągu zaledwie godziny zatopił, jeden po drugim, trzy brytyjskie krążowniki – HMS „Aboukir”, HMS „Hogue” i HMS „Cressy”. Ich dowódcy nie zastosowali nawet podstawowych środków obrony przed okrętami podwodnymi, wobec czego brytyjskie jednostki płynące stałym kursem i prędkością, stanowiły dla niemieckich torped nieprzyzwoicie łatwy cel.
Sukces U-9 zapewnił kapitanowi Weddigenowi Żelazny Krzyż, Niemcom uświadomił jak skuteczną bronią dysponują, a Brytyjczyków boleśnie przekonał o tym, że lekceważenie możliwości u-botów było bardzo kosztownym błędem.

Pomysł

W kolejnych miesiącach robiono wszystko, żeby nadrobić zaniechania z pierwszych tygodni wojny. Porty i kotwicowiska zabezpieczono minami oraz rozpiętymi pod wodą stalowymi sieciami, a w morze wyruszyły okręty wyposażone w najnowocześniejszą broń przeciw u-botom – bomby głębinowe. Brytyjscy naukowcy intensywnie pracowali nad udoskonaleniem metod lokalizacji zanurzonych okrętów podwodnych i skutecznego ich likwidowania.
W tym samym czasie wśród młodych oficerów marynarki zrodził się pomysł stworzenia jednej z najoryginalniejszych broni jakie kiedykolwiek wykorzystywano do walki z okrętami podwodnymi. Paradoksalnie, inspiracją dla tej dosyć brawurowej koncepcji, była taktyka stosowana przez niemieckich dowódców.
Otóż ofiarą niemieckich okrętów podwodnych najczęściej padały samotne jednostki, na które Niemcy czyhali na najbardziej uczęszczanych szlakach handlowych. Ponieważ torpedy były bardzo cenne, a samotnie płynący, bezbronny statek handlowy, nie stanowił dla u-bota żadnego zagrożenia, większość statków zatapiano przy użyciu dział pokładowych. W okresie od maja do lipca 1915 roku spośród 116 zatopionych statków tylko 22 zniszczono przy użyciu torped.
Jak wiadomo najbardziej niezawodne są rozwiązania najmniej skomplikowane, a genialność pomysłu, który miał wkrótce zaskoczyć niejednego dowódcę u-bota, polegała właśnie na jego niezwykłej prostocie.
Plan polegał na tym, aby w charakterze przynęty wykorzystać stare, wysłużone statki handlowe, które zamierzano uzbroić, obsadzić dodatkową załogą i wysłać w rejon największej aktywności okrętów podwodnych. Na podstawie doświadczeń pierwszych miesięcy wojny założono, iż dowódca u-bota widząc łatwą zdobycz w postaci samotnego statku handlowego, na tyle małego, aby nie warto było tracić na niego torped, wynurzy się aby zatopić go ogniem działa i wtedy spotka go niemiła niespodzianka.
Brytyjczycy nie mogli wówczas wiedzieć, że ich pomysłowi sprzyjała jeszcze jedna okoliczność. Otóż kapitanowie u-botów mieli tendencje do wyolbrzymiania swoich sukcesów, dlatego niemieckie dowództwo było bardzo powściągliwe w zaliczaniu im zatopionych jednostek i żądało przedstawienia dowodów. Niepodważalnymi świadectwami sukcesu były dokumenty pokładowe zatopionej jednostki, bądź też wzięty do niewoli kapitan. Zdarzało się zatem tak, że kiedy jakiś ambitny dowódca u-bota, zaślepiony wizją sławy i blaskiem Żelaznego Krzyża, wydawał rozkaz wynurzenia, na powierzchni, zamiast kapitana tonącego statku z dziennikiem pokładowym pod pachą, czekała śmiertelnie zaskakująca niespodzianka.

No to zaczynamy…

Początki działalność „Q-ships” – jak nazwano statki-pułapki, nie były zbyt zachęcające. Pierwszy z nich – s.s. Victoria, został zatopiony już w swoim dziewiczym rejsie, w który wyruszył w listopadzie 1914 roku. Porażka nie zniechęciła jednak brytyjskiej Admiralicji i wkrótce w morze wyszły kolejne jednostki, a do końca 1915 roku pływało ich już kilkanaście.
Pierwsze „Q-ships” powstały na bazie starych parowców wykorzystywanych przed wojną do przewożenia węgla z zagłębia Cardiff. Kapitanem jednego z nich został komandor Gordon Campbell, który objął komendę na „Q-5” o nazwie HMS Farnborough. Zanim jednak wysłużony tramp s.s. Loderer, został przemianowany na HMS Farnborough i wyruszył na spotkanie z u-botami, musiał zostać poddany gruntownej przebudowie.
Ponieważ wygląd „Q-ships” w niczym nie mógł ich odróżniać od normalnych statków, a jednocześnie schowki dla załogi i uzbrojenia musiały być skonstruowane w taki sposób, aby bezbronny statek mógł błyskawicznie przeistoczyć się w uzbrojoną i niebezpieczną jednostkę, przerobienie wysłużonych parowców okazało się wcale niełatwym przedsięwzięciem.
Przez kolejne miesiące wojny, w miarę nabywania kolejnych doświadczeń, statki-pułapki były coraz lepiej i coraz bardziej pomysłowo wyekwipowane. HMS „Pargust”, który wszedł do służby w czerwcu 1917 roku, przebił pod tym względem wszystkie wcześniejsze „Q-ships”. Oprócz standardowego wyposażenia jakim były działa, karabiny maszynowe, czy bomby głębinowe, „Pargust” uzbrojony był w torpedy. Jednocześnie dla podkreślenia, że jest niewinnym cywilnym statkiem handlowym, w skład jego załogi włączono dwa czarne koty, które przechadzały się po pokładzie, a nad ich głowami bujała się wypchana papuga siedząca w złotej klatce. Całości dopełniała pasażerka statku w osobie ponętnej blondynki, która od czasu do czasu wychodziła na pokład zaczerpnąć świeżego powietrza. Tylko członkowie załogi „Pargusta” wiedzieli, że pod blond peruką oraz wypchaną tu i ówdzie sukienką, kryje się niepozorna postać chudego smarownika z maszynowni statku.

Działo w schowku

Działo w schowku

Działo na stanowisku

Działo na stanowisku

Jednak to nie wybór uzbrojenia i jego kamuflaż były najtrudniejszym elementami całej „układanki”. Cały projekt nie miałby szans powodzenia bez doboru właściwych ludzi i stworzenia z nich zgranego i perfekcyjnie działającego zespołu. Najdrobniejsza bowiem pomyłka, lub niedopatrzenie mogły przesądzić o porażce i spowodować śmierć całej załogi.
Wyzwania jakim musieli sprostać przyszli kapitanowie statków-pułapek trafnie scharakteryzował porucznik Andrew Davy – pierwszy oficer na jednym z „Q-ships” – „(…) Niech pan sobie wyobrazi siebie w roli człowieka, któremu dano handlowy statek, wskazano stojące na nabrzeżu trzy wysłużone działa, trzy tuziny ludzi, stos zużytego odzienia oraz wręczono skąpe instrukcje, pouczające w bardzo ogólnikowy sposób, jak za pomocą wymienionego „sprzętu” niszczyć groźne okręty podwodne. Musi pan przyznać, że nie jest to wcale proste…”
Na pokładzie HMS Farnborough – podobnie jak na każdym innym „Q-ship”, funkcjonowały dwa, niezależnie od siebie, zespoły. Członkowie pierwszego z nich – tzw. „ekipa panikarzy”, udawali zwyczajną załogę statku handlowego wykonującą codzienne, rutynowe czynności. W chwili ataku u-bota „panikarze”, pozorując zamieszanie i panikę, w pośpiechu opuszczali statek, robiąc przy tym jak największe zamieszanie. Załoga jednego z „Q-ships” wypadła w tej roli tak przekonująco, że obserwujący ją kapitan u-bota stwierdził, iż wojna nie może potrwać długo, skoro na brytyjskich statkach pływają takie „ciury pokładowe”. Niemiec nie mógł się jednak przekonać o tym jak chybiona była jego ocena, bowiem kilkanaście minut później spoczął na dnie oceanu wraz ze swoim okrętem…
Na „spontanicznym” opuszczeniu statku zadania „panikarzy” się nie kończyły. Czekając na rozwój wydarzeń w szalupach ratunkowych, musieli perfekcyjnie znać całą „legendę” dotyczącą statku, bowiem podejrzliwi kapitanowie u-botów, zanim zbliżyli się do statku, mieli w zwyczaju podpływać do szalup i zadawać rozbitkom drobiazgowe pytania dotyczące pochodzenia statku, celu podróży, zawartości ładowni, liczebności załogi itp. Dlatego na każdym statku-pułapce wywieszano tablicy informacyjne, które na bieżąco aktualizowano, a każdy z członków „ekipy panikarzy” miał bezwzględny obowiązek znać wszystko na pamięć. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że niektóre „Q-ship” potrafiły spędzić na morzu kilka miesięcy zanim spotkały u-bota, a kierunek i fikcyjny cel rejsu zmieniały się niemal codziennie, możemy sobie wyobrazić jak żmudny i nużący był to obowiązek.
Członkowie drugiego zespołu – tzw. „załoga bojowa” – byli marynarzami posiadającymi przeszkolenie wojskowe i obsługiwali uzbrojenie znajdujące się na statku. Ludzi tych musiało cechować nieprzeciętne opanowanie, stalowe nerwy i nadzwyczajna cierpliwość. Najpierw byli zmuszeni znosić klaustrofobiczne warunki panujące pod pokładem, a kiedy doszło już do konfrontacji z u-botem, zanim usłyszeli komendę „Ognia!”, często musieli przetrwać ostrzał z dział u-bota, niejednokrotnie brodząc przy tym w lodowatej wodzie zalewającej tonący statek i ze świadomością, że w każdej chwili mogą razem z nim pójść na dno.
Dlatego zanim statek-pułapka wyszedł w morze jego załoga przechodziła gruntowne przeszkolenie, podczas którego do znudzenia powtarzano te same czynności. Każdy dowódca ustalał system komend, które miały padać w alarmowych sytuacjach, a załoga musiała się nauczyć odruchowych i niemal automatycznych reakcji.
Kiedy zatem dostrzeżono wynurzony okręt podwodny, albo jego peryskop, marynarze słyszeli w rurach głosowych komandora Campbella krzyczącego – „U-bot!”.
Gdy padała komenda –„Torpeda!”, wiadomo było, że w kierunku statku zbliża się torpeda, co z kolei oznaczało, że za chwilę marynarze usłyszą – „Torpeda nie trafiła!”, albo co gorsze – „Torpeda trafiła!” W jednym i w drugim przypadku „panikarze” wiedzieli, że muszą natychmiast opuścić statek, robiąc przy tym jak największe zamieszanie.
Kiedy „panikarze” siedzieli już w szalupach, marynarze którzy pozostali na statku, w napięciu oczekiwali dwóch kolejno po sobie padających komend – „Zdjąć zasłony!” i ostatniej, najbardziej wyczekiwanej – „Ognia!”.

Torpeda nie trafiła!

W październiku 1915 roku, uzbrojony w trzy działa, bomby głębinowe i – co wcale nie było wówczas normą – wyposażony w radiostację, HMS Farnborough wypłynął z Plymounth w swój pierwszy rejs. Jego załoga szybko przekonała się, że cechą najbardziej pożądaną podczas służby na statku-pułapce, jest cierpliwość. Marynarze przemierzali wody Atlantyku, za dnia płynąc ku angielskiemu wybrzeżu, a w nocy zawracając w kierunku zachodnim. I tak codziennie, przez prawie pół roku. Do portu zawijano tylko wtedy gdy kończyły się zapasy żywności lub węgla. Wszyscy cierpliwie znosili ciągłe napięcie i niewygody służby, a każdy kolejny świt witali z nadzieją na spotkanie u-bota.
Oczekiwany moment nastąpił 22 marca 1916 roku. Tuż po wschodzie słońca dostrzeżono, szybko zbliżający się, charakterystyczny kształt. Zabrzmiały dzwonki alarmu i niemal natychmiast padła komenda – „Torpeda!”. Po chwili cała załoga, niczym sprinterzy w blokach startowych, czekała w napięciu na swoich stanowiskach. Po niespełna kilkunastu sekundach w tubach głosowych ponownie zabrzmiał głos komandora Cambella – „Torpeda nie trafiła!” – śmiercionośne cygaro minęło kadłub statku w odległości zaledwie kilku metrów. Od tego momentu wydarzenia nabrały jeszcze większego tempa.
U-bot, wyskakując z wody niczym bańka powietrza, wynurzył się za rufą Farnborough i zaczął płynąć w jego kierunku, jednocześnie rozpoczynając ostrzał z działa.
Tymczasem na pokładzie HMS Farnborough wszystko przebiegało zgodnie z wielokrotnie przećwiczonym scenariuszem. Żmudne przygotowania przyniosły oczekiwany efekt. Wszyscy perfekcyjnie wypełniali przypisane im role i załoga działała jak dobrze nastrojona maszyna. Dowódca u-bota kapitan Ludwig Günzl, zobaczył dokładnie to co miał zobaczyć. Na pokładzie HMS Farnborough panował całkowity chaos i panika. Śmiertelnie przerażeni, umorusani marynarze, bezładnie biegli w kierunku szalup, popychając się przy tym, przewracając i gubiąc niesione rzeczy. Ponieważ odległość dzieląca Farnborough od u-bota, była minimalna, komandor Campbell nie czekając, aż „panikarze” wsiądą do szalup, krzyknął – „Zdjąć zasłony!” i zaraz po tym – „Ognia!”.
Okręt podwodny w konfrontacji z trzema, strzelającymi z bliskiej odległości, działami, nie miał najmniejszych szans. Trafiające, jeden po drugim, pociski rozrywały kadłub i eksplodując w jego wnętrzu bezlitośnie masakrowały zaskoczoną załogę. Po kilku minutach dziób u-bota wystrzelił pionowo w górę i zaraz po tym okręt błyskawicznie zniknął pod wodą. W ślad za nim zrzucono kilka bomb głębinowych, których pedantyczny komandor Campbell rozkazał użyć – „tak dla pewności”.
W ten sposób U-68 wraz ze swoim kapitanem oraz 38 członkami załogi, na zawsze pogrążył się w zimnych wodach Atlantyku.

Gordon Campbell (źródło Wikipedia)

Gordon Campbell (źródło Wikipedia)

Torpeda trafiła!

Na spotkanie kolejnego U-bota załoga HMS Farnborough musiała czekać prawie rok. W tym czasie statek został poważnie zmodyfikowany. Jego uzbrojenie zwiększono do czterech dział 12 funtowych i dwóch 6 funtowych. 12-funtówki umieszczono na rufie i na dziobie, ukrywając je za zasłonami imitującymi burty, a 6-funtówki zainstalowano na śródokręciu, chowając je w atrapie nadbudówki. Tuż przy mostku, w konstrukcji, która miała udawać klatki na drób, umieszczono dwa ciężkie karabiny maszynowe Maxim. Zmodernizowano również komunikację, udoskonalając system rur głosowych, a ładownie statku wypełniono kłodami wysuszonego drewna sosnowego. Zabieg ten miał zwiększyć pływalność, zdarzało się bowiem, że trafiony torpedą statek-pułapka szedł pod wodę jak kamień, nie dając swojej załodze żadnych szans na podjęcie walki.
W dniu 17 lutego 1917 roku HMS Farnborough płynął z prędkością 7 węzłów kierując się w stronę wybrzeży Anglii. Była 9:45, kiedy podobnie jak poprzednim razem, marynarzy poderwały dzwonki alarmowe. Doświadczona załoga, tak samo jak niemal przed rokiem, błyskawicznie zajęła swoje stanowiska. Komenda – „Torpeda!”, rozwiała wątpliwości – wszyscy już wiedzieli, że to nie jest próbny alarm. Niebezpieczeństwo dostrzeżono na tyle wcześniej, że Farnborough mógł uniknąć trafienia, ale tym razem komandor Campbell postanowił zagrać va banque i pozwolił aby torpeda dosięgła celu. Zwiększało to prawdopodobieństwo wywabienia u-bota spod wody, ale jednocześnie stwarzało realne niebezpieczeństwo, że storpedowany Farnborough pójdzie na dno zanim jego załoga zdąży przejść do kontrataku. W ostatniej chwili, żeby uniknąć bezpośredniego trafienia w maszynownię, nieznacznie skorygowano kurs. Eksplozja torpedy zwaliła z nóg większość marynarzy, w tym komandora Campbella, który szczęśliwie nie doznał żadnych obrażeń i nie stracił przytomności.
„(…) Kiedy wstałem, zauważyłem dziwną rzecz, której nikt nie przewidział i nie mogłem powstrzymać śmiechu. W czasie szkolenia uwzględniliśmy prawie wszystkie sytuacje awaryjne i uzgodniliśmy, że powiem – „Torpeda”, a następnie „Torpeda trafiła” lub „Torpeda nie trafiła”. Torpeda już trafiła i widzę marynarzy pędzących do szalup, ale spojrzawszy z mostka na dziób, zobaczyłem kilku spokojnie palących papierosy, choć powinni udawać panikę. Krzyknąłem na nich i spytałem, dlaczego nie biegną do łodzi, na co odparli, że czekają aż powiem „Torpeda trafiła”(…)”.
„Panikarze” ponownie odegrali swoje role z biegłością zawodowych aktorów, nie pozostawiając dowódcy u-bota wątpliwości, że ma do czynienia z kiepsko wyszkoloną załogą bezbronnego statku handlowego. Niekwestionowaną „gwiazdą” wśród bezładnie biegających po pokładzie marynarzy był niewysoki, bosonogi obdartus, w zupełnie niepasującym do miejsca i okoliczności, meloniku na głowie. Podążając do szalupy z niemałym trudem dźwigał olbrzymią, zdezelowaną walizę. Kiedy ta, w najmniej odpowiednim momencie, otworzyła się, jej posiadacz stanął jak wryty, nie wiedząc, czy ma biec do szalupy, czy też zbierać rozsypany dobytek. Jeżeli kapitan Bruno Hoppe – obserwujący wszystko przez peryskop, miał jakiekolwiek wątpliwości co do autentyczności wydarzeń, które rozgrywały się na pokładzie Farnborough, to jegomość w meloniku musiał je definitywnie rozwiać. „Panikarze” w końcu zapakowali się do szalup, przy czym jednej z nich „nie udało” się spuścić na wodę. Krzywo zwisając przy burcie miała być kolejnym dowodem żenująco kiepskiego wyszkolenia załogi.
W przeciwieństwie do swoich kolegów, którzy odpłynęli w szalupach, marynarze, którzy pozostali na statku mieli rzeczywiste powody do niepokoju. Farnborough nabierał wody i zewsząd dochodziły alarmujące meldunki:
- Maszynownia zalana, woda podchodzi pod kotły, w każdej chwili może nastąpić wybuch!
- Trzecia ładownia wypełnia się wodą!
- Mamy rannych, potrzebna natychmiastowa pomoc!
- Obsługę rufowego działa zalewa woda!
Sytuacja wyglądała coraz tragiczniej. Farnborough miał tylko dwie grodzie, z czego jedna została zniszczona wybuchem torpedy. Rufa powoli, ale konsekwentnie pogrążała się w wodzie i gdyby nie drewno w ładowniach, to statek najpewniej już by zatonął.
„(…) Pierwszy oficer zameldował, że toniemy od rufy, ale mogliśmy jedynie czekać i patrzeć, jak okręt podwodny wolno odpływa. Przez cały czas marynarze kryli się na pokładzie, choć czuli, że rufa coraz bardziej się zanurza – w istocie tych, którzy obsługiwali działo rufowe, zalewała woda, lecz żaden nie drgnął. Wszyscy mieli konkretne zadania i gdyby chociaż jeden rzeczywiście wpadł w panikę i się ujawnił, gra byłaby skończona – z okrętu podwodnego naprawdę dokładnie nas obserwowano.”
Niestety wszystko wskazywało na to, że tym razem komandor Campbell trafił na wyjątkowo ostrożnego i nieufnego przeciwnika. U-bot najpierw przepłynął tuż obok szalup ratunkowych, tak blisko, że na widok peryskopu jeden z marynarzy miał pouczyć drugiego – „nie mów tak głośno, bo cię usłyszą”, aby za chwilę, ciągle pozostając w zanurzeniu, podpłynąć do Farnborough. Odległość była tak mała, że komandor Campbell, ze swojej kryjówki na mostku, mógł dostrzec płytko zanurzony kadłub u-bota przepływającego przy burcie Farnborough. Zaczynając już wątpić w to, że niemiecki okręt się wynurzy i mając świadomość, że wkrótce może być za późno na kontratak, Campbell przez moment zastanawiał się, czy nie ostrzelać okrętu płynącego tuż pod lustrem wody. Szybko jednak zarzucił ten pomysł. Doświadczenie i chłodna kalkulacja podpowiadały, że ryzyko i szansa porażki są zbyt duże. Gdyby u-botowi udało się uciec, później bez trudu dobiłby Farnborough drugą torpedą. Ponadto Niemcy ostatecznie odkryliby tajemnicę statków-pułapek, których istnienie mogli do tej pory jedynie podejrzewać.
Była 10:05 kiedy nagle peryskop zniknął pod powierzchnią wody. W następnym momencie, gdy marynarze zaczęli wyrażać swoje bezgranicznie rozczarowanie, używając słów, których nie powstydziliby się stali bywalcy najbardziej zakazanych portowych tawern, w odległości ok. 300 metrów od dziobu storpedowanego statku, pojawił się kiosk wynurzającego się u-bota. Okręt natychmiast ruszył w kierunku szalup ratunkowych – jak się później okazało, Niemcy chcieli wziąć do niewoli kapitana statku i szukali żywności.
Na Farnborough napięcie sięgało zenitu. Artylerzyści wpatrzeni w zbliżający się okręt, cierpliwie czekali na rozkaz. Komandor Campbell zwlekał. Wiedział, że u-bot płynąc w kierunku szalup, będzie musiał minąć Farnborough i wówczas wejdzie w zasięg wszystkich dział. Moment ten nastąpił o 10:10 – dokładnie 25 minut po eksplozji torpedy. Obsługa dział usłyszała – „Zdjąć zasłony!” i „Ognia!”. Opadły sztuczne burty, rozłożyły się ściany nadbudówki, klatki na drób plunęły ogniem karabinów maszynowych, a na maszt powędrowała wojenna bandera z krzyżem Św. Jerzego.
To co wydarzyło się w ciągu najbliższych kilkudziesięciu sekund bardziej przypominało egzekucję, niż ostatni akord morskiej potyczki. Kiedy rozpoczęła się kanonada U-83 znajdował się niespełna 100 metrów przed lufami dział HMS Farnborough. Dawało to gwarancję stuprocentowej skuteczności – z ponad 40 wystrzelonych pocisków, wszystkie trafiły w cel. Kapitan Bruno Hoppe stojący w otwartym włazie kiosku, już po pierwszej salwie spadł bezwładnie pod nogi swoich zdumionych marynarzy, strącony pociskiem z 6-funtówki.
Zaskoczenie było całkowite – U-83 nie miał najmniejszych szans na ucieczkę. Wybuchające pociski dziurawiące kiosk i rozrywające kadłub okrętu, szybko zmieniły go w bezużyteczne tony złomu. Z wnętrza u-bota zaczęli wydostawać się niemieccy marynarze rozpaczliwie walczący o życie. Ci, których nie zabiły odłamki i przecinające powietrze, ostre skrawki rozerwanej blachy, szukali ocalenia w morzu. Niestety, lodowata, pokryta grubą warstwą oleju, woda, okazała się bezlitosna – spośród 8 Niemców, którym udało się wydostać z tonącego u-bota, zdołano uratować zaledwie dwóch – jednego oficera i jednego marynarza. „Po jednym egzemplarzu” - jak to, na gorąco, w przypływie czarnego humoru, podsumował któryś z angielskich marynarzy. Okazało się to o tyle nietrafne, że wkrótce jeden z rozbitków zmarł…
Storpedowanego HMS Farnborough, który utrzymywał się na powierzchni wyłącznie dzięki belkom sosnowego drewna, wypełniającym jego ładownie, szczęśliwie odholowano do brzegu. Załoga otrzymała upragniony urlop oraz tysiąc funtów nagrody do podziału, a komandor Gordon Campbell został odznaczony Krzyżem Wiktorii.

Posłowie

„Q-ships” zatopiły 14 u-botów, co stanowi zaledwie 10% spośród wszystkich niemieckich okrętów podwodnych zatopionych podczas I wojny światowej. Jak widać efektywność nie była zachwycająca, ale trzeba pamiętać, że statkami-pułapkami były najczęściej stare, wysłużone jednostki, które wysłano do walki przeciwko najnowocześniejszym okrętom.
Największy sukces „Q-ships” polegał jednak na czymś zupełnie innym, co trudno wyrazić konkretnymi liczbami, czy statystyką. Najbardziej wymiernym rezultatem zastosowania statków-pułapek, był bowiem efekt psychologiczny, którego działania nie sposób przecenić.
Otóż na początku wojny dowódcy u-botów często zatrzymywali bezbronne statki handlowe, które po rewizji zatapiano ogniem dział, lub za pomocą ładunków wybuchowych, które na nich detonowano. W momencie kiedy Niemcy zaczęli podejrzewać, że niektóre statki mogą być uzbrojone, zaprzestano stosowania takiej taktyki, uznając ją za zbyt ryzykowną – w końcu każdy, z pozoru bezbronny okręt, mógł się okazać uzbrojony i niebezpieczny.
Od tej pory dowódcy u-botów musieli ograniczyć się wyłącznie do ataków w zanurzeniu. Jeżeli weźmiemy pod uwagę, że u-boty mogły zabierać maksymalnie 10—12 torped, a prędkość okrętu podwodnego płynącego w zanurzeniu nie przekraczała 10 węzłów, możemy sobie wyobrazić jak znacznie spadła ich skuteczność i ile bezbronnych statków uniknęło dzięki temu zatopienia.
Brytyjczycy pilnie strzegli tajemnicy „Q-ships” w obawie, że jej ujawnienie będzie oznaczało kres działalności statków-pułapek. Nie przypuszczali, że efekt psychologiczny wywołany samym podejrzeniem ich istnienia, ocali od zatopienia więcej statków i uratuje życie większej liczbie marynarzy, niż sukcesy „Q-ships” wyrażone liczbą bezpośrednio zatopionych u-botów.
Jak powiedział jeden z dowódców statków pułapek – ”Q-ships” pojawiły się jak meteory na niebie wojny”. Istotnie – szybko zaistniały i szybko przeminęły, ale legenda heroicznych wyczynów ich bohaterskich załóg, toczących dramatyczne boje z u-botami, pozostała w pamięci ludzi morza na zawsze…

Bibliografia:
A. Urbańczyk, Statki Pułapki, Gdańsk 1969
G. Regan, Anegdoty Wojenne, Warszawa 2005
J. Pajewski, Pierwsza Wojna Światowa 1914-1918, Warszawa 1998

Wybrana netografia (dostęp 21.08.2014r.):
www.battleships-cruisers.co.uk/index.htm
www.firstworldwar.com/index.htm
www.gwpda.org/naval/rnqships.htm

http://www.naval-history.net/WW1NavyBritishQships.htm

8 Komentarze

  1. Gdy mam zly humor, lub po prostu tak zwany gorszy dzien, jest jedna rzecz, która pomaga mi wyjsc z tego chwilowego dołka :) Co to takiego? Mianowicie jest to czytanie Twoich wpisow, są naprawdę mega, mowiac mlodziezowo ;) Mam nadzieje, ze nie planujesz w najblizszej przyszlosci konczyc swojej kariery blogera? :)

  2. Witam masz takie wpisy, że jakby to ode mnie zależało to dałbym ci blog roku po przeglądnięciu dosłownie kilku z nich. Twoje opisy są tak ciekawe, że każdy z nich chce się czytać do końca. Ja nie wiem jak ktoś, ale ja osobiście będę powracał, na twojego bloga po to, żeby dowiedzieć się, co tam nowego się znalazło. Pozdrawiam i jeszcze raz gratuluję bloga.

  3. Interesuje się taką tematyką już od bardzo dawna i muszę przyznać, że Twoje posty robią wrażenie. Wszystko zawsze opisane jest profesjonalnie z najmniejszymi szczegółami, co potrafi bardzo wciągnąć czytelnika. Rób tak dalej, bo robisz to dobrze!

  4. Świetny wpis tak mnie wciągnął, że doczytałem do samego końca. Sam jeżdżę czasami pociągami i wiem, że można tam spotkać się z wieloma ciekawymi przygodami. Można tam poznać wielu ciekawych ludzi i wysłuchać wiele ciekawych opowieści. Pozdrowienia dla wszystkich którzy podróżują tym środkiem transportu.

  5. Nie jest to może moja ulubiona tematyka (statki i strzelanie to niekoniecznie to, co kobiety lubia najbardziej ;) ), ale przyznam, że opisałeś to wszystko naprawdę ciekawie i „wciągająco”.

    Czekam niecierpliwie na kolejne wpisy :)
    Pozdrawiam,
    Ruda

    • Dzięki, napisałem najkrócej jak tylko potrafiłem, jeśli Cię nie znudziło i dobrnęłaś do końca, to jestem niezwykle rad ;-) pozdrawiam
      p.s. najnowszy tekst na ukończeniu – może pojawi się już jutro :-)

    • Trasa to zaledwie kilka przystanków za to jeżdżę nią prawie codziennie ;-) Dziękuję za zaproszenie – bywam na blogu i śledzę nowości na FB. Również pozdrawiam!

Odpowiedz na „jonaszdrobniakAnuluj pisanie odpowiedzi

Wymagane pola są oznaczone *.