Człowiek, który ważył się na wiele

wagon

W takich wagonach Niemcy przewozili więźniów do obozów koncentracyjnych. Widoczny na zdjęciu egzemplarz jest eksponatem muzealnym w jednym z obozów w Niemczech. (źródło Wikimedia)

„Mówią, że zbyt kocham dzieci, a ja uważam to za najpiękniejszą cechę mojego charakteru”.
Kazimierz Zielke

Był 16 styczna 1943 roku. Okupowana Warszawa. Właśnie minęła godzina 19 gdy w jednym z mieszkań w kamienicy przy ul. Wareckiej 9 zadzwonił telefon.
- Słucham?
- Z Pawiaka przewożono na dworzec transport zakładników. Jakaś kobieta wyrzuciła gryps prosząc znalazcę by zadzwonił pod ten numer i zawiadomił domowników.
Słuchawkę odłożono, połączenie zostało przerwane.
Tak zaczyna się historia, która udowadnia, że dla kogoś kto ratuje własne dziecko nie ma rzeczy niemożliwych. Historia człowieka, którego czyn miał tak nadzwyczajne następstwa, że było o nim głośno w okupowanej Warszawie. Człowieka, który „ważył się na wiele”.

Korzenie

Kazimierz Zielke urodził się 9 maja 1889 roku w Zelewie na Kaszubach jako najstarszy spośród dwanaściorga dzieci Marcelego Zielke i Idy z domu Paszke. Rodzinny majątek Zielków znajdował się w Gowidlinie, ale nowożeńcy zamieszkali w pobliskim Zelewie skąd pochodziła Ida Paszke.
Kiedy Marceli Zielke postanowił sprzedać majątek w Zelewie cała rodzina przeniosła się do Owieczkowa koło Golubia.
Młody Kazik, który jak wszyscy mieszkający w zaborze pruskim Polacy szkolną edukację musiał odbierać w języku niemieckim, nie mógł przypuszczać, że kilkadziesiąt lat później perfekcyjna znajomość niemieckiego zadecyduje o życiu jego córki i kilkudziesięciu innych osób.

Młodość, małżeństwo, dzieci

Po wybuchu I wojny światowej Kazimierz jako poddany cesarza Wilhelma II bierze udział w jednym z jej najbardziej krwawych epizodów – bitwie pod Verdun.
Po wojnie, w 1919 roku żeni się ze swoją rówieśniczką Heleną z domu Kikut. Młodzi zamieszkują w Szwarcenowie, gdzie w 1920 roku przychodzi na świat córka Janka, a w 1922 roku syn Lech.
Po śmierci ojca Kazimierz wraca do Owieczkowa i jako najstarszy syn przejmuje zarząd nad folwarkiem. Koszty edukacji rodzeństwa oraz spłata posagu czterech młodszych sióstr wymuszają konieczność sprzedaży majątku i przenosiny do  mniejszego Emilianowa koło Kępna w Wielkopolsce, gdzie w 1925 roku przychodzi na świat młodszy syn Józef.
Dochody z folwarku pozwalają snuć plany zakupu większego majątku ziemskiego. Ambitny zamysł zostaje niestety zniweczony przez hiperinflację z pierwszej połowy lat dwudziestych XX wieku, która pozbawia Kazimierza znacznej części oszczędności. Majątek w Emilianowie zostaje sprzedany, a Zielkowie przenoszą się do Bydgoszczy, gdzie Kazimierz przystępuje do spółki w firmie autobusowej prowadzonej przez jego brata Pawła Zielke.

Wojna

Rozwój dobrze prosperującego przedsiębiorstwa przerywa wybuch wojny. W jej przededniu dziewięć z dwunastu autobusów zostaje „zmobilizowanych”. Pozostałe trzy, ewakuowane na rozkaz wojska przed zbliżającym się frontem, wyruszają w stronę Warszawy. W jednym z autobusów Kazimierz lokuje swoich dwóch synów i rodzinę sąsiadów. Sam, wraz żoną, wyrusza w osobowym samochodzie w ślad za autobusem. Córka Janka, która jest przeszkoloną sanitariuszką postanawia pozostać w Bydgoszczy.
W chaosie ucieczki, na zatłoczonych cywilnymi uciekinierami i wycofującym się wojskiem, ostrzeliwanych i bombardowanych drogach, członkowie rodziny tracą ze sobą kontakt. Odnajdują się kilka tygodni później w Bydgoszczy dokąd najpierw wracają synowie, a kilka dni później rodzice.
Niestety szybko okazuje się, że znów trzeba uciekać. Kazimierz, który we wrześniu 1939 roku pomagał polskim żołnierzom, wskazując im w Bydgoszczy miejsca, gdzie mogli się ukrywać niemieccy dywersanci, jest poszukiwany przez Gestapo.

Warszawa

Z konieczności Zielkowie ponownie się rozdzielają, aby znów spotkać się w komplecie dopiero latem 1940 roku w Warszawie. Zamieszkują przy ul. Wareckiej 9. Kazimierz wraz z synami podejmuje pracę w firmie transportowej zajmującej się głównie przewozem drewna opałowego. Janka zatrudnia się w hurtowni farmaceutycznej przy ul. Długiej, gdzie poznaje swojego przyszłego męża Mariana Milewskiego – dyplomowanego farmaceutę, który również jest uciekinierem z przyłączonej do Rzeszy Wielkopolski.
Po ślubie w 1942 roku nowożeńcy zamieszkują na ul. Senatorskiej, a Janka, która jako mężatka nie musi się już bać wywózki na roboty do Rzeszy, rezygnuje z pracy.
W okupowanej Warszawie żyje się coraz trudniej. Permanentne niedostatki w aprowizacji powodują powszechne niedożywienie, w wielu domach coraz częściej pojawia się widmo głodu. Janka zatrudnia się w piekarni na Targówku. Pracując w prymitywnych warunkach, nakleja kartki żywnościowe w celu rozliczenia piekarni z ilości sprzedanego, ściśle reglamentowanego chleba. Wynagrodzeniem za pracę jest jeden kilogramowy bochenek chleba dziennie.

Łapanka

Rankiem 15 stycznia 1943 roku Janka jak zwykle wychodzi do pracy. Pomimo wczesnej pory i siarczystego mrozu jest w dobrym humorze – wie już wówczas, że jest w ciąży. Na Moście Kierbedzia wpada w łapankę – jedną z trzech dużych łapanek, jakie w tych dniach Niemcy organizują w Warszawie. Nie ma najmniejszych szans na ucieczkę. Trafia na Pawiak.
W chwili aresztowania Janka ma przy sobie zeszyt. Wyrwane z niego kartki zostają podzielone pomiędzy współwięźniów. Każdy zapisuje numer telefonu i krótką wiadomość. Karteczki, wyrzucone z więziennej ciężarówki podczas przejazdu z Pawiaka na dworzec kolejowy, lądują na ulicy.
Grypsy zbierają młodzi chłopcy, którzy korzystając z uprzejmości właścicieli okolicznych sklepów, dzwonią na wskazane numery i anonimowo przekazują informacje o aresztowanych.

Bo taka wtedy była Warszawa...

Telefon

Taki właśnie telefon, wieczorem 16 stycznia 1943 roku odbiera Kazimierz Zielke, tata Janki. W tym czasie w domu panuje już pełna mobilizacja. Dla wszystkich oczywiste jest, że Janka musiała zostać aresztowana, ale na tym wiedza domowników się wyczerpuje. Żeby wiedzieć czy w ogóle istnieje jakakolwiek szansa na pomoc trzeba przede wszystkim ustalić w jakim celu Niemcy dokonali łapanki – czy na odwetową egzekucję, jak to często w tym okresie bywało, czy na likwidację ludzi przez obóz, czy też na roboty do Niemiec.
Telefon wyjaśnia część wątpliwości. Wiadomo już, że ofiary łapanki przewieziono z Pawiaka na dworzec. Pozostaje pytanie na który? Po krótkiej rodzinnej naradzie zapadają szybkie decyzje. W Warszawie są wówczas cztery miejsca, z których może wyjechać pociąg z więźniami. Nie ma wyjścia, trzeba sprawdzić każde z nich.
Na Dworzec Główny, gdzie roi się od niemieckich patroli, wyrusza młodszy brat Janki, czternastoletni wówczas Józef, który ma „najmocniejsze” dokumenty i co za tym idzie, największe szanse aby cało wrócić z niebezpiecznej eskapady.
„Ojciec zameldował mnie w Warszawie o dwa lata młodszym, abym nie podlegał wywózce na przymusowe roboty do Niemiec.
Ojca pomysł z odmłodzeniem mnie o 2 lata okazał się wspaniałym, ponieważ stałem się jedynym członkiem rodziny, który mógł się poruszać po Warszawie bez zagrożenia. Poskładałem ze staroci sprawny rower i śmigałem nim po całym mieście. Często byłem zatrzymywany przez patrole żandarmerii niemieckiej (najczęściej dwóch Ukraińców z automatami a w środku szwab) wtedy podawałem moją kenkartę. Najczęściej pytali mnie o datę urodzenia, wtedy głośno i pewnie odpowiadałem wyuczoną poprawną niemczyzną, spoglądali na mnie trochę z niedowierzaniem, ale w tym wypadku trzymali się litery prawa.”

Starszy brat Lech jedzie na Dworzec Wileński, mama Janki na Wschodni, a tata na Wschodni-Towarowy.
Jednocześnie, dzięki błyskawicznej mobilizacji całej rodziny, udaje się zebrać pieniądze na ratowanie Janki.
„Większość naszej rodziny w tamtym czasie wyemigrowała do Warszawy, bo w dużej aglomeracji, gdzie nikt nikogo nie znał w czasie okupacji było bezpieczniej. Nasza rodzina była zintegrowana i duża, czterech braci i cztery siostry, nawet Babcia Ida mieszkała w Milanówku pod Warszawą – tam często cała rodzina się spotykała. W takiej sytuacji zebranie większej sumy pieniędzy nie stanowiło problemu”.

Bo taka wtedy była Warszawa…

„Audanes fortuna iuvat” („śmiałym szczęście sprzyja”)
Wergiliusz, Eneida


Peron

Okazuje się, że więźniowie zagarnięci w trzydniowych łapankach, upchnięci w towarowych, bydlęcych wagonach, czekają na wywózkę na bocznicy towarowej Dworca Wschodniego. Od polskich kolejarzy Kazimierz dowiaduje się, że transport wyruszy na południowy-wschód. Wówczas to po raz pierwszy uśmiecha się do niego szczęście i po raz pierwszy bezcenna okazuje się biegła znajomość niemieckiego. Kiedy Kazimierz zastanawia się w jaki sposób dostać się na strzeżony przez niemieckich żandarmów peron, nieoczekiwanie pojawia się dyrektor fabryki Philipsa. Jego polską sekretarkę też zagarnięto w łapance. Nie wiadomo, czy Niemcowi bardziej zależy na sekretarce, czy na kluczach do kasy pancernej, które kobieta ma przy sobie, w każdym razie żandarm bez problemu wpuszcza go na peron. Kazimierz błyskawicznie wykorzystuje sytuację.
- Ja z panem dyrektorem – zagaduje strażnika w bezbłędnym niemieckim.
- A idź do cholery – odpowiada zniecierpliwiony Niemiec.
Udało się. Jest na peronie! Biegnąc wzdłuż rzędu wagonów, krzyczy bez przerwy.
- Janka! Janka!
Nagle w jednym z wagonów, w wąskim otworze między deskami, którymi zabito umieszczone wysoko, małe okienko, pojawia się zapłakana, znajoma twarz.
- Tato… Dokąd nas wiozą? Tato, dokąd nas wiozą?
Zanim, przy wtórze płaczu stłoczonych ludzi oraz pokrzykiwań przeklinających żandarmów, pociąg ruszy, Kazimierz zdąży zapamiętać, że jego córka znajduje się w charakterystycznym jasnozielonym wagonie francuskiej produkcji. Numer wagonu – 73850, który w pośpiechu zapisze, będzie pamiętał jeszcze ćwierć wieku po wojnie, kiedy we wspomnieniach wróci do tamtych dramatycznych  wydarzeń.
Mniej szczęścia ma dyrektor Philipsa. Jego nawoływania – Fraulein Marie! Fraulein Marie! – pozostają bez odpowiedzi.
- Dokąd jedzie ten transport?! – krzyczy wściekły Niemiec.
- Do Lublina – odpowiada komendant dworca.

Nur für Deutsche

W pociągu pospiesznym, który jedzie do Lublina są miejsca wyłącznie dla Niemców. Kazimierz kupuje bilet, ale jako Polak nie ma prawa podróżować w pociągu „nur für Deutsche”. Jeżeli do niego wsiądzie, to zwyczajna kontrola biletów może się dla niego zakończyć tragicznie. Jeżeli nie wsiądzie, pozostawi swoją córkę na pewną zgubę. Wybór jest dla niego oczywisty.
Siada w przedziale, w którym jadą niemieccy żołnierze i rozpoczyna z nimi swobodną konwersację. Jednocześnie cały czas czeka w napięciu na kontrolę, która nieuchronnie musi nastąpić, zastanawiając się w jaki sposób wytłumaczy brak wymaganych dokumentów. Na szczęście fortuna ponownie mu sprzyja. Kiedy otwierają się drzwi przedziału, konduktor, rozkojarzony rozmową, machinalnie kasuje podany przez Kazimierza bilet, zapominając o sprawdzeniu dokumentów.

Majdanek

- W tym transporcie jest moja córka. Czy mógłbym się z nią zobaczyć?
- Nein aus weg! - niemiecki żandarm zdaje się być nieprzejednany.
- Dwa tysiące za zezwolenie.
- Nie!
- Trzy tysiące.
- Jeśli ktoś cię zobaczy, to pojedziesz tym transportem.
Chwilę później Kazimierz biegnie wzdłuż toru rozglądając się za znajomym zielonym wagonem. Jest.
- Janka! Janka!
- Tato, tu jestem!
Jakakolwiek rozmowa okazuje się niemożliwa. Janka nie może się przedostać do jedynego okienka, przy którym tłoczą się uwięzieni w wagonie ludzie. Rzucają kartki z adresami i numerami telefonów i pieniądze. Proszą o poinformowanie najbliższych oraz kupno papierosów i żywności.
- Mogę im kupić papierosy? – pyta stojącego najbliżej Niemca.
- Tylko szybko i żeby tych papierosów było dużo – odpowiada tamten, ze złośliwym śmiechem.
Kiedy Kazimierz wraca na torze nie ma już wagonów. Na peronie stoi polski kolejarz.
- Panie, gdzie jest ten transport?
- Pojechał na stracenie. Na Majdanek.
- Mieli jechać na roboty do Niemiec…
- Wierzysz pan szkopom? Wyjdź pan za Lublin i zobacz jak dymią kominy krematorium.
- Rany boskie tam jest moja córka! Ratuj pan!
- Co ja mogę zrobić? Ale wiesz pan oni ich transportują do podobozu Majdanka, gdzie jest fabryka samolotów Plage&Laśkiewicz. Tory są tam za krótkie i muszą podzielić ten transport na trzy części. Szukaj pan na dziewiątym torze, tam musieli podstawić część wagonów.
Na dziewiątym torze faktycznie stoi charakterystyczny zielony wagon. Wokół gestapowcy z psami, policja i żandarmeria. Tym razem nawet nie ma co myśleć o przekupstwie. Kiedy sytuacja wydaje się beznadziejna na ten sam tor, na którym stoi już transport z więźniami, wjeżdża pociąg sanitarny. Wykorzystując osłonę jaką chwilowo daje para buchająca z lokomotywy pociągu, Kazimierz przedostaje się pod wagon, w którym siedzi jego córka.
- Janka! Wiozą was na Majdanek. Wyskakuj przez okno i uciekaj!
- Tato nie można. Nie przedostanę się. Okno zabite deskami…
„Nawet nie wiem skąd znalazłem w sobie tyle siły” – opowie po latach Kazimierz Zielke - „Podbiegłem do zdrutowanych drzwi wagonu i bez żadnych narzędzi, samymi palcami rozkręciłem druty”. Na dworze mróz dochodził wówczas do minus 30 stopni Celsjusza…
Razem z Janką wyskakują z wagonu jeszcze trzy kobiety. Wśród nich jest  Magdalena Grodzka-Gużkowska, którą Janka poznała na Pawiaku.
W tym samym momencie do uszu uciekającej czwórki dochodzi ostrzegawczy krzyk polskiego kolejarza.
- Zwiewać bo zastrzeli!
Nurkują pod wagonem. Kiedy wychodzą po drugiej stronie pociąg z więźniami rusza i niemiecki strażnik, przed którym ostrzegał kolejarz, widząc kilka osób przemykających pod wagonem, o których nie wie, że właśnie uciekły z transportu, przestaje się nimi interesować.
Z dworca wydostają się z pomocą polskich kolejarzy, później pomaga im znajomy lekarz, którego wojenna zawierucha przygnała z Wielkopolski aż do Lublina. Dzięki niemu dostają się do Warszawy.

Epilog

Z wagonu otwartego przez Kazimierza Zielke, w drodze ze stacji Lublin do podobozu w Majdanku, ucieknie około 90 osób. Zostanie tylko jedna staruszka i nieszczęsna sekretarka dyrektora Philipsa, która wierząc w swoją niewinność i ufając, iż Niemcy docenią jej lojalność, zginie w obozie.
Ludzie, którzy 17 stycznia 1943 roku uciekną z transportu będą opowiadać o niezwykłych okolicznościach swojego uratowania i człowieku, który ich uwolnił. Sprawa zacznie się robić coraz głośniejsza, aż pewnego dnia Kazimierz Zielke ponownie usłyszy w słuchawce telefonu anonimowy głos.
- Niech pan nie nocuje w domu. Za dużo o panu gadają.

Znowu trzeba uciekać…
Cała rodzina przenosi się do Ostrowi Mazowieckiej gdzie Kazimierz dzięki znajomości niemieckiego dostaje pracę w warsztacie samochodowym przy starostwie. Niestety względny spokój nie trwa długo. Ciężarówki wyjeżdżające na akcje przeciwko partyzantom zaczynają się podejrzanie często psuć. Niemcy odnajdują opiłki metalu w silnikach i cukier w benzynie. Rozpoczynają się aresztowania.
„My nic o tym nie wiedzieliśmy – wspomina Józef Zielke - ale pewnego dnia słyszymy pukanie do drzwi. Otwieram, a w drzwiach stoi dwóch z Wermachtu w pełnym rynsztunku, a między nimi nasz tato.
Ojciec bez witania:
- Poprosiłem panów by wstąpili po drodze bym mógł się pożegnać z synami, a panowie się zgodzili. Jestem posądzony o sabotaż i idę do Gestapo i na pewno po raz ostatni się widzimy. Tylko pamiętajcie – zaakcentował – jak przyjdzie czas, żebyście byli na swoim miejscu.
Wtedy ja się wyprostowałem i powiedziałem:
- Tato ja już jestem!
Wtedy Leszek się wyprostował i identycznie się zachował. Na to ojciec:
- To mogę spokojnie odejść.
I odeszli”.

Posłowie

Kazimierz Zielke został wywieziony na roboty do Niemiec. Przeżył wojnę, wrócił do kraju i odnalazł rodzinę. Niespełna ćwierć wieku później opowiedział historię uratowania swojej córki, która spisana przez Adolfa Lekkiego, została opublikowana w Kurierze Lubelskim w 1967 roku. Zmarł w 1974 roku w Dzierzkowicach.
Helena Zielke po powstaniu warszawskim zdołała uciec z transportu wiozącego cywilnych mieszkańców Warszawy do Niemiec i schroniła się u swojej siostry w Wąbrzeźnie. Tam dotarły do niej listy od męża i synów – w ten sposób dowiedziała się, że wszyscy przeżyli.
Janina Milewska 10 października 1943 roku urodziła zdrowego synka – pierwszego spośród pięciorga rodzeństwa, któremu dała na imię Bolesław. Wraz z mężem doczekała końca wojny w Milanówku. Obecnie mieszka w Ostrowie Wielkopolskim.
Lech Zielke pseudonim „Paweł” działał w konspiracji, walczył w powstaniu warszawskim jako starszy strzelec w 6 kompanii batalionu „Kiliński”. Po powstaniu trafił do niemieckiej niewoli. Zmarł w 2009 roku.
Józef Zielke pseudonim „Bryzg” działał w konspiracji, walczył w powstaniu warszawskim jako starszy kapral grupy „Granat”, później w kompanii łączności K4 pułku „Baszta”. Po powstaniu trafił do niemieckiej niewoli. Więziony w Stalagu 318 (344) Lamsdorf. Odznaczony Krzyżem Walecznych. Po wojnie osiadł w Lublinie, gdzie mieszka do dnia dzisiejszego.

Przy pisaniu tekstu korzystałem m.in. z:
Artykułu z Kuriera Lubelskiego: Człowiek, który ważył się na wiele z 1967 roku
Fragmentów książki: Zielkowie z Gowidlina z 2010 roku.

Stron internetowych:
www.zielkowie.pl
www.1944.pl/historia/powstancze-biogramy

Ten tekst nigdy by jednak nie powstał gdyby nie wielkie zaangażowanie i bezinteresowna pomoc Pana Józefa Zielke, który przybliżał mi historię swojej rodziny, dzielił się wiedzą i wspomnieniami z czasów okupacji i cierpliwie odpowiadał na każde moje pytanie.
Panie Józefie, w imieniu swoim i wszystkich czytelników, którzy dzięki Panu mogą poznać tę historię, serdecznie DZIĘKUJĘ!

27 Komentarze

  1. Panie Kamilu,ma pan racje,ze nazwisko Zielke pochodzi z nazwiska Cylka.
    Nzwisko Cylka zmieniono w czasie chrztu mojego przodka.Nimiecki
    gorliwy ksiadz w ramach germanizacji spolecznstwa polskiego dziecku
    w metryce napisal typowo niemieckie nzwisko Ziehlke.Po wielu staraniach udalo sie tylko skreslic litere h i zostal Zielke,a nie Cylka.
    Przy okazji pozdrawiam Pana Jonaszadrobniaka!

  2. Boże co historie, naprawdę wzruszające, ale i tragiczne zarazem, bo odgrywały się w tragicznych czasach, gdzie na około tragedia cierpiących ludzi. Naprawdę ja osobiście się ciesze, że nie żyłem w tamtych okrutnych czasach, ja to doceniam, ale wielu ludzi nie docenia, nie ma żadnej pokory, straszne to.

  3. Masz okazję poznać nauczyciela nietuzinkowego, pomysłowwego, elastycznego, potrafiącego dostosować się do każdej sytuacji, a jednocześnie spokojnego, który nie wprowadza niepotrzebnego zamętu. Język niemiecki mam w stopniu komunikatywnym oraz bardzo dobra znajomość obyczajów niemieckich. Jeżeli jesteś zainteresowany poznaniem nauczyciela o takim profilu osobowym i zaoferować konwersacje z niemieckiego lublin – pisz śmiało sic-egazeta.amu.edu.pl/index.php?t=2737 , a gwarantuję, że się nie zawiedziesz.

  4. Co do cytatu Kazimierza Zielke… Nie jest możliwe, żeby dzieci kochać za bardzo. Nie można kochać za bardzo, bo dzieci powinno kochać się najbardziej jak to możliwe. A to oznacza, że żadne za bardzo w grę nie wchodzi. Poza tym, martwić należy się wtedy, gdy ktoś swoje dzieci koga za mało, to jest dopiero powód do rozpaczy.

  5. Panie Jonaszu, a proszę powiedzieć, czy wie Pan coś o historii tego nazwiska? Moja rodzina nosi nazwisko Cylka, które z tego co wiem wywodzi się właśnie od nazwiska Zielke. Szukałem kiedyś informacji w internecie ale nie nic ciekawego nie znalazłem.
    Dziadek opowiadał mi, że nazwisko Zielke było czytane z niemieckiego „cilke” lub po polsku „zielke”. I z „jednego rodu” powstały dwie a nawet trzy odnogi: Zielke, Zielke (cilke) i Cylka. Czy to prawda?

  6. Brak mi slow uznania dla ojca ratujacego dorosla corke. Bohaterem moze stac sie kazdy NIEPRZECIETNY czlowiek, kazdy altruista ktorego okolicznosci zmusza do ryzykownego dzialania. A moze kazdy z nas moglby byc bohaterem jesli tylko pokonalby strach? Niech kazdy zgodnie z wlasnym sumieniem odpowie sam sobie na to pytanie.

    • Jego milosc do dziecka przelamala wszelki strach przed kazdym zagrozeniem i to nadalo duza sile do ratowania corki.
      Prawdziwy Ojciec.

  7. Witam

    Popłakałam się przy czytaniu tej opowieści. Nie znajduję słów by wyrazić współczucie i wdzięczność. Dziękuję………

  8. Moja babcia z wielkopolski opowiadla mi kiedys o swoim kuzynie od Waclawkow, ktory wyjechal z wielkopolski do lublina i byl lekarzem, osiedlil sie w Krakowie. Pewne historie z tej tu opowieści wydaja mi sie znajome. Opowieści mojej babci bezcenne, szkoda ze niespisane.

  9. Bardzo lubię Twoje opowieści. Prawdziwe a więc najlepsze. Poruszające, wzruszające, dramatyczne. Dobrze napisane. Świetnie się czyta.

    Skupiłabym się na nich, a nie na takich drobiazgach jak Ostrów Mazowiecka ;) (mimo że jestem polonistą)

    Serdecznie pozdrawiam :)

    • Dzięki! :-) A szczegóły też mają znaczenie, dlatego nie mam nic przeciwko konstruktywnej krytyce – dzięki niej moje teksty mogą tylko zyskać na wartości :-)
      pozdrawiam

      • Coś zyskają, na pewno, troszeczkę ;) ale to takie polskie „poczepiać się” czegoś, co jest dobre :)
        Pozdrawiam i czekam na kolejną opowieść.
        :)

  10. Ostrów Mazowiecka, nie Ostrów Mazowiecki.
    Zatem: „Cała rodzina przenosi się do Ostrowi Mazowieckiej”.

    Ciekawy tekst.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.