Prawdziwa historia „Parszywej dwunastki” czyli… „Parszywa trzynastka”

„Parszywa dwunastka” (The dirty dozen) – jest literacką i filmową fikcją, jednak inspiracją dla autora powieści, a późnej twórców filmowego hitu, była historia legendarnego oddziału komandosów znanego, jako „Parszywa trzynastka” (Filthy Thirteen).

Spadochroniarze z plutonu Filthy Thirteen przed odlotem do Normandii. Od lewej: Joseph Oleskiewicz, George Radeka, Jack Agnew, James F. Green, Robert Cone (opis na podstawie: www.forum.101airborne.pl)


W 1965 roku ukazała się powieść E.M. Nathansona pt. The dirty dozen” (znana nam, jako „Parszywa dwunastka”), ale dużo większą popularność zyskał zrealizowany na jej podstawie film pod tym samym tytułem, w reżyserii Roberta Aldriha i z Lee Marvinem w roli głównej.
Nathansona miała zainspirować historia zespołu straceńców, których amerykański wywiad chciał wysłać z misją likwidacji niemieckich generałów oraz dzieje elitarnego plutonu amerykańskich komandosów, zwanych Filthy Thirteen” (Parszywa trzynastka”).
O ile autentyczność historii o oddziale szkolonym do zgładzenia niemieckich oficerów nigdy nie została oficjalnie potwierdzona, to pluton Filthy Thirteen istniał naprawdę, a jego historia jest nie mniej barwna niż literacka i filmowa fikcja.

Pluton

Na początku 1942 roku młody chłopak z Oklahomy o nazwisku Jake McNiece na wieść o przystąpieniu Stanów Zjednoczonych do wojny postanowił zaciągnąć się do wojska.
McNiece urodził się 24 maja 1919 roku w miejscowości Maysville w Oklahomie. Tam gdzie się wychowywał wędkarstwo i łowiectwo były dla każdego mężczyzny czymś naturalnym, a każdy chłopak od najmłodszych lat umiał posługiwać się bronią palną. Kiedy skończył 12 lat jego rodzina przeniosła się do Ponca City gdzie Jake miał spędzić większość swojego życia.
McNiece zawsze wyróżniał się sprawnością fizyczną – w szkole był kapitanem drużyny futbolowej, a później znalazł zatrudnienie w jednostce straży pożarnej. Pracując jako strażak McNiece wyspecjalizował się w używaniu materiałów wybuchowych i zajmował się m.in. wyburzaniem budowli przeznaczonych do rozbiórki, co później, kiedy uniform strażaka zamienił na wojskowy mundur, miało się okazać wielce pożądaną umiejętnością.
Praca strażaka zwalniała go z obowiązku służby wojskowej, ale mimo to zgłosił się do poboru na ochotnika, a ponieważ od dziecka pasjonowało go spadochroniarstwo, wybrał powstający właśnie korpus spadochronowy i w ten sposób trafił do 101 Dywizji Powietrznodesantowej – słynnych później „Krzyczących orłów”.
McNiece szybko zapracował na opinię jednego z najbardziej niezdyscyplinowanych rekrutów w całej Dywizji, który tyle samo czasu spędzał w areszcie, co na ćwiczeniach.
Popadał w konflikty z przełożonymi, bił się z żandarmami, a nawet odmawiał salutowania sztandarowi.
„Poranny i wieczorny apel w wojsku, to była najgłupsza rzecz, jaką kiedykolwiek widziałem w życiu”.
Jednak oprócz niesubordynacji i naruszeń regulaminu młody żołnierz musiał wyróżniać się również czymś pozytywnym, bowiem kiedy w pułku utworzono specjalny pluton komandosów, który zamierzano wykorzystać do działań dywersyjnych podczas inwazji w Normandii, McNiece został jego dowódcą.

Jake McNiece

W ten sposób Jake McNiece stanął na czele dwunastu podobnych mu krnąbrnych narwańców, którzy doskonałe opanowanie wojennego rzemiosła łączyli z mocno „nieortodoksyjnym” podejściem do wojskowego regulaminu.
McNiece i jego żołnierze, wychodząc z założenia, że trening powinien odbywać się w warunkach jak najbardziej przypominających realia, w jakich przyjdzie im walczyć, podczas szkolenia spali w mundurach, nie prali ich i nie czyścili butów, a z prysznica i przyborów do golenia korzystali nie częściej niż raz w tygodniu.
Ponieważ zarówno wygląd, jak i zachowanie spadochroniarzy mocno odbiegały od koszarowej normy, wkrótce specjalny wydzielony pluton 101 Dywizji Powietrznodesantowej 506 Pułku Piechoty Spadochronowej – tego samego, w którego skład wchodziła Kompania „E”, znana, jako „Kompania Braci” – zaczęto nazywać „Parszywą trzynastką” (Filthy Thirteen).
Sam McNiece przyznał po latach - „Byliśmy bandą prawdziwych skurczybyków”.
Trzeba przy tym zaznaczyć, że w przeciwieństwie do fikcyjnych bohaterów „Parszywej dwunastki”, żaden „skurczybyk” z Filthy Thirteen nie był mordercą i nie miał kryminalnej przeszłości.
Szkolenie komandosów, którzy mieli prowadzić dywersję na tyłach wroga mocno odbiegało od treningu „zwykłych” spadochroniarzy.
„Uprowadzaliśmy pociągi, kradliśmy jeepy, wysadzaliśmy budynki, obalaliśmy drzewa za pomocą materiałów wybuchowych i robiliśmy temu podobne rzeczy”.
Aby nie było zbyt monotonnie i nudno komandosi potrafili kreatywnie rozszerzać program szkolenia. Raz na przykład, w ramach „treningu”, zwinęli flaszkę whiskey należącą do pewnego pułkownika. Jeżeli w ogóle mu ją oddali, to można przypuszczać, że raczej nie była pełna.

D-day

Filthy Thirteen miał być jednym z pierwszych oddziałów, jakie zostaną użyte podczas lądowania Aliantów w Normandii. Poprzedzając główne siły inwazyjne, komandosi mieli wylądować na niemieckich tyłach i rozpocząć działania dywersyjne.
Bezpośrednio przed odlotem McNiece, a za jego przykładem prawie wszyscy pozostali członkowie plutonu ogolili głowy pozostawiając jedynie charakterystycznego „irokeza”. Przyczyna tego „zabiegu” była prozaiczna. Spadochroniarze przewidując, iż przez dłuższy czas przyjdzie im walczyć w ekstremalnych warunkach, gdzie mydło i ciepła woda będą nieosiągalnym luksusem, postanowili zminimalizować możliwość „złapania” wszy.
McNiece, którego matka była pół krwi Indianką z plemienia Czoktawów, wpadł na pomysł, aby „indiańskie” fryzury uzupełnić „wojennymi” barwami. W jego zamyśle miało to wzmocnić ducha bojowego u młodych ludzi, którzy po raz pierwszy wyruszali do walki. Jednocześnie widok „szalonych” spadochroniarzy mógł stanowić element zaskoczenia podczas bezpośredniej konfrontacji z Niemcami. Ciekawostką jest, że spadochroniarze wykorzystali farby, których używano do malowania czarno-białych pasów na skrzydłach i kadłubach samolotów biorących udział w operacji Overlord.
Stojących przed transportową Dakotą, dosyć „malowniczo” wyglądających żołnierzy uwiecznił fotograf z wojskowego czasopisma „Stars and stripes”, dzięki czemu ich zdjęcia stały się jednymi z najbardziej popularnych fotografii, jakie zrobiono amerykańskim spadochroniarzom tuż przed rozpoczęciem D-day. Przy okazji przyczyniły się również do powstania mitu o tym, że żołnierze służący w plutonie byli Indianami z plemienia Mohawków.
Tymczasem całkiem mocną reprezentację stanowili natomiast żołnierze legitymujący się polskim pochodzeniem. W plutonie służyli m.in. Joseph Oleskiewicz, Martin Majewski, George Baran i Joe Oparowski, których nazwiska raczej nie pozostawiają wątpliwości co do tego, że ich przodkowie przybyli znad Wisły.
Przed północą 5 czerwca 1944 roku na kilka godzin przed rozpoczęciem operacji Overlord McNice wraz z 18 spadochroniarzami wylądował na niemieckich tyłach z zadaniem wysadzenia dwóch mostów oraz zajęcia trzeciego, który mieli utrzymać aż do nadejścia głównych sił inwazyjnych.
„To była prawdziwie samobójcza misja. Straciłem większość swoich ludzi w ciągu dwóch pierwszych godzin”.
Pilot Dakoty, która miała przetransportować pluton nad cel spanikował pod ostrzałem artylerii przeciwlotniczej, skutkiem czego lądujących spadochroniarzy rozproszyło na dużym obszarze. McNiece zaczął odnajdywać swoich żołnierzy dopiero w drodze do wyznaczonych celów, ale i tak nie wszyscy członkowie plutonu zdołali dołączyć do oddziału.
Po kilku godzinach, kiedy w Normandii zaczęła lądować reszta 101 Dywizji, do plutonu zaczęli przyłączać się spadochroniarze z innych oddziałów, którzy również nie mogli odnaleźć swoich plutonów i kompanii.
Pomimo dużych strat dwa mosty, którymi Niemcy mogli przerzucić posiłki na normandzki przyczółek zostały zniszczone. O wiele trudniejsze okazało się wykonanie ostatniego zadania, czyli utrzymanie trzeciego mostu, który miał czekać nienaruszony na nadejście alianckich czołgów. Spadochroniarze bronili go przed niemieckimi kontratakami przez trzy dni i trzy noce tylko po to, aby na końcu bezradnie patrzeć jak wali się w gruzy trafiony bombą zrzuconą przez pilota amerykańskiego P-51, który najprawdopodobniej pomylił cele…
Spadochroniarze z Filthy Thirteen walczyli w Normandii przez ponad 5 tygodni biorąc m.in. udział w zdobywaniu miasta Carentan, gdzie “oczyszczali” z Niemców dom po domu. Wykonali wszystkie powierzone im zadania płacąc za to bardzo wysoką cenę. Kiedy 5 czerwca 1944 roku McNiece wyruszał do walki towarzyszyło mu 18 spadochroniarzy. Po 36 dniach do Anglii wróciło z nim zaledwie dwóch…

W Holandii i w Paryżu

W wrześniu 1944 roku McNiece wraz z całą Dywizją został przerzucony do Holandii gdzie walczył bez przerwy przez 78 dni biorąc udział w operacji Market Garden w ramach której m.in. uczestniczył w akcji ratowania okrążonych niedobitków z brytyjskiej Dywizji „Czerwonych Diabłów”.
Kiedy w październiku 1944 roku 101 Dywizja Powietrznodesantowa została wycofana na odpoczynek spadochroniarze dostali 72 godziny wolnego. Nie pozwolono im jednak wyjeżdżać z miasteczka, w którym stacjonowali. McNiece, którego taka forma wypoczynku nie satysfakcjonowała samowolnie opuścił jednostkę i pojechał odkrywać uroki Paryża. Nie było go 5 dni.
„Gdy wróciłem z mojej małej wycieczki od razu trafiłem do aresztu”.
Przy okazji po raz kolejny został zdegradowany do stopnia szeregowca.

Bastogne

Dowódcy mieli już serdecznie dość wybryków McNiece i zaproponowali mu przeniesienie do jednostki Pathfinders. Spadochroniarze z tego oddziału jako pierwsi lądowali na terytorium wroga i za pomocą urządzeń radiolokacyjnych naprowadzali samoloty i szybowce transportowe nad wyznaczoną strefę zrzutu i lądowania. Prawdopodobieństwo, iż przełożeni pozbędą się krnąbrnego komandosa na stałe było bardzo wysokie bowiem śmiertelność w oddziałach Pathfinders wynosiła ponad 80% – statystycznie z akcji wracał tylko co piąty spadochroniarz. McNiece’owi obiecano, że jeśli zgodzi się na przeniesienie, to zostanie mu przywrócony stopień sprzed degradacji, a jego bogata kartoteka będzie „wyczyszczona”. O te rzeczy akurat w ogóle nie dbał, ale szkolenie jednostki Pathfinders, miało się odbywać w Anglii, co oznaczało spanie w łóżku z czystą, białą pościelą i smaczniejsze jedzenie. McNiece wyszedł z założenia, że skoro wojna ma się ku końcowi i nie będzie już okazji do walki, to nie ma sensu siedzieć we Francji. Wkrótce zameldował się w swojej nowej jednostce sądząc, iż spokojnie doczeka końca wojny.
Sielankę szybko jednak popsuli Niemcy, którzy rozpoczęli ofensywę w Ardenach i Pathfinders zostali wysłani na pomoc walczącej w Bastogne 101 Dywizji Powietrznodesantowej.
Sytuacja okrążonych spadochroniarzy była dramatyczna i bez zaopatrzenia, które można im było dostarczyć wyłącznie drogą powietrzną, nie mieli szans na przetrwanie. Problem polegał na tym, że z powodu bardzo kiepskiej widoczności nie można było dokonywać zrzutów bez zainstalowania na ziemi nadajników, które wyznaczyłyby strefę zrzutu. W ten sposób załogi transportowych Dakot mogłyby zrzucać zasobniki z zaopatrzeniem opierając się na odczytach przyrządów nawigacyjnych.
Warunki były skrajnie niesprzyjające. Niski pułap chmur i fatalna widoczność praktycznie wykluczały możliwość skoku ze spadochronem.
Pułkownik, który prowadził odprawę przed odlotem zakończył ją słowami – „Życzę szczęścia!”. McNiece odpowiedział – „Nie potrzebujemy szczęścia, potrzebujemy cudu”.
Dakota, na pokładzie, której znajdował się dziesięcioosobowy zespół Pathfinders leciała na wysokości wierzchołków drzew, a jej załoga wypatrywała Bastogne. Kiedy zauważono duży cmentarz wiadomo było, że samolot jest nad celem, bo w okolicy nie było innego miasta takiej wielkości. Dakota zaczęła wznosić się na wyższy pułap, z którego spadochroniarze mogli skoczyć, ale w tym samym momencie odezwała się niemiecka artyleria przeciwlotnicza. Kiedy dziesięciu spadochroniarzy stało w rzędzie gotowych do skoku samolotem zaczęły targać wstrząsy spowodowane bliskimi eksplozjami. Po jednej z takich eksplozji, która wszystkim wydała się dużo głośniejsza od poprzednich, McNiece i stojący obok sierżant zamarli. Ziejąca obok dziura nie pozostawiała wątpliwości. Przeciwlotniczy pocisk, który przedziurawił kadłub samolotu na wylot, przeleciał dokładnie pomiędzy nimi.
Pomimo nieustającego silnego ognia niemieckiej artylerii przeciwlotniczej spadochroniarzom udało się wylądować i oznaczyć strefę zrzutu. Po upływie zaledwie trzydziestu minut nadleciały transportowce C-47 Dakota i wkrótce setki czasz spadochronów zawisło nad miastem. Widok ten był tak niezwykły i zaskakujący, że nawet Niemcy na moment przestali strzelać.
Tylko w ciągu czterech pierwszych godzin, latając w ekstremalnych warunkach, przy znikomej widoczności i pod ciągłym ogniem artylerii przeciwlotniczej, 241 transportowych Dakot dostarczyło okrążonym spadochroniarzom 144 tony amunicji, paliwa, żywność, ciepłych ubrań, koców i innego zaopatrzenia. Spadochroniarze utrzymali strategicznie położone miasto, co przesądziło o klęsce niemieckiej ofensywy.
Jak później stwierdzono zwycięstwo nie byłoby możliwe bez wsparcia zespołów Pathfinders. Transportowe Dakoty nawet przy dobrej pogodzie nie mogłyby dokonywać zrzutów z taką dokładnością. Dzięki Pathfinders, 95% zrzutów trafiło w ręce obrońców.

Ostatni skok

Ostatni, skok bojowy McNiece wykonał 13 lutego 1945 roku, spiesząc z plutonem Pathfinders na pomoc okrążonej 70 Dywizji Piechoty. Był to czwarty skok bojowy McNiece, co było swoistym fenomenem – w oddziałach spadochronowych straty były tak wysokie, że niewielu żołnierzom udawało się utrzymać przy życiu, albo dotrwać w zdrowiu, aby wykonać tyle skoków.
W kwietniu 1945 roku McNiece powrócił do 506 Pułku Piechoty Spadochronowej, w którym doczekał końca wojny. Odszedł ze służby w stopniu sierżanta. Za swoją postawę w Normandii, Holandii i Belgi otrzymał trzy Brązowe Gwiazdy.

Powrót

Po powrocie do Stanów Zjednoczonych McNiece nie mógł się odnaleźć w powojennej rzeczywistości. Nadużywał alkoholu, pod wpływem którego ciągle wdawał się w bójki i często trafiał do aresztu. Nigdzie nie mógł dłużej zagrzać miejsca bo kolejni pracodawcy wyrzucali go za pijaństwo i wszczynanie awantur.
Wszystko zmieniło się, kiedy poznał Rositę Vitale – młodą wdowę z trzyletnią córeczką. McNiece ożenił się z nią 6 czerwca 1949 roku i całkowicie przestał pić. Kiedy wydawało się, że wszystko w życiu już mu się poukładało Rosita zmarła na raka po zaledwie trzech latach małżeństwa.
Po śmierci pierwszej żony McNiece poznał Martę Louise Beam-Wonders, która miała czternastoletniego syna i podobnie jak Rosita również była wdową. Pobrali się 4 września 1953 roku. Jake wyciszył się, ustatkował i wrócił do zawodu strażaka. Oprócz syna Marty i córki Rosity, którą Jake adoptował, państwo McNiece doczekali się jeszcze dwójki dzieci.
We wrześniu 2002 roku z rąk Prezydenta Francji McNiece otrzymał Legię Honorową. Odbierając odznaczenie powiedział: „Wojna to piekło. My ją wygraliśmy, ale nie jest to ani coś, czym powinniśmy się chwalić, ani też coś, za co powinniśmy przepraszać. Po prostu postawiono przed nami zadanie do wykonania i my je wykonaliśmy. Z tego możemy być dumni.”

Epilog

W czerwcu 2002 roku życie dopisało niespodziewany epilog tej wojennej historii.
Zaraz na początku misji w Normandii zaginął Robert Cone – jeden z członków Filthy Thirteen. Koledzy z plutonu, którzy po raz ostatni widzieli go jak wyskakiwał z samolotu, byli przekonani, że zginął, a jego matka otrzymała telegram z Departamentu Wojny informujący, że syn poległ w Normandii. Tymczasem jak się później okazało, Robert Cone nie mogąc odnaleźć swojego plutonu dołączył do innego oddziału, z którym walczył przez dwa dni. Kiedy został poważnie ranny w rękę chciał się schronić w pobliskim gospodarstwie rolnym, ale Francuzi wydali go Niemcom i Cone trafił do obozu jenieckiego, w którym doczekał końca wojny.

Swoją drogą, czytając takie historie trudno oprzeć się wrażeniu, iż w ironicznym stwierdzeniu, że legendarny francuski ruch oporu najprężniej działał w… amerykańskich filmach wojennych i angielskim serialu „Allo, Allo”, jest dużo prawdy.

Prawie sześćdziesiąt lat później, syn Roberta Cone’aEdward, postanowił zrobić ojcu niespodziankę i odszukać jego kolegów, z którymi służył podczas wojny. W ten sposób odnalazł Jake McNiece i skontaktował byłych towarzyszy broni. Starsi już wówczas panowie spotkali się w rocznicę lądowania w Normandii. Można sobie wyobrazić jak byli zaskoczeni i wzruszeni widząc się po raz pierwszy po prawie sześćdziesięciu latach. Przyjaźnili się i spotykali aż do śmierci Roberta Cone’a w 2010 roku.
Jake McNiece zmarł 3 lata później 21 stycznia 2013 roku w wieku 93 lat.
Jack Agnew – trzeci spośród żołnierzy plutonu Filthy Thirteen, który przeżył wojnę zmarł 8 kwietnia 2010 roku w wieku 88 lat.
Frank Womer – ostatni „prawdziwy skurczybyk” z plutonu Filthy Thirteen odszedł 28 grudnia 2013 roku w wieku 96 lat.

wybrana netografia (dostęp 26.01.2014r.):

http://www.warhistoryonline.com/featured-article/101st-airborne-vet-jake-mcniece-from-the-filthy-thirteen-has-died.html


http://www.usairborne.be/Biographie/bio_us_mcniece.htm


http://www.nytimes.com/2013/02/14/us/jake-mcniece-a-leader-of-wwiis-filthy-13-dies-at-93.html?_r=1&


http://www.forum.101airborne.pl/index.php?sid=3ed2e72d686cf2d638a7efe2093ad8d2

4 Komentarze

    • Mój stosunek do tego filmu jest podobny – pacholęciem będąc oglądałem z otwartymi ustami „Działa Nawarony”, „Złoto dla zuchwałych”itd. , a sam Lee Marvin, to już osobny temat ;-)

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.