Victoria

Wykonując gesty będące wyrazem naszej radości bądź irytacji często nie zdajemy sobie sprawy z ich bardzo interesującej, historycznej metryki.

Jest sierpień 1980 roku. Wąsaty elektryk ze Stoczni Gdańskiej unosząc dłonie z dwoma palcami ułożonymi na kształt litery V jak „victoria” triumfalnie obwieszcza całemu światu powstanie Solidarności – pierwszych niezależnych związków zawodowych po tej stronie Łaby. Za kilkanaście miesięcy wąsatego robotnika z Gdańska zastąpi smutny spawacz w generalskim mundurze, ale gest Wałęsy będzie już powtarzany przez cały wolny świat solidaryzujący się z Polakami.

Angielski trop…

W XX wieku pierwszym politykiem kojarzonym z dwoma palcami ułożonymi na kształt litery V był Winston Churchill. Na większości fotografii przedstawiających legendarnego premiera, albo trzyma on dłoń z palcami wskazującymi „vivtorię”, albo delektuje się cygarem marki „Romeo y Julieta”. Ewentualnie robi te dwie rzeczy jednocześnie.
Co ciekawe, pierwotnie Churchill pokazywał „victorię” odwrotnie, czyli zewnętrzną stroną dłoni zwróconą w kierunku   patrzącego. Wówczas to gest ten nie oznacza bynajmniej „zwycięstwa”, tylko zgoła coś innego, o czym za chwilę. Zreflektował się dopiero wtedy gdy od swoich doradców usłyszał - „panie premierze, w drugą stronę”, dzięki czemu na kolejnych zdjęciach możemy już oglądać Winstona pokazującego „victorię” w sposób prawidłowy.
Podobno na początku swojej kariery politycznej taki sam błąd popełniła Margaret Thatcher, ale najwyraźniej jej specjaliści od PR okazali się bardziej kompetentni od doradców jej wielkiego poprzednika bo próżno dziś szukać zdjęcia, które dokumentowałoby tę pomyłkę. Ciekawe czy byliby równie skuteczni gdyby przyszło im działać w dobie fotografii cyfrowej i internetu?

… i kubańskie cygara

Kiedy Winston Churchill był już spisującym wspomnienia emerytem, a Margaret Thatcher jeszcze nie wiedziała, że kiedyś zostanie najgorszym koszmarem angielskich związkowców, na gorącej wyspie u wybrzeży Ameryki swoją przygodę z rewolucją rozpoczynał pewien charyzmatyczny brodacz znany jako Fidel Castro. Dola rewolucjonisty nie była łatwa i zanim na wyspie zapanował ustrój powszechnej szczęśliwości, który wyzwolił jej mieszkańców od wszelkich rozterek konsumpcjonizmu, przyszły dyktator najpierw zdążył parę lat posiedzieć w więzieniu, a później zaopatrzony w bilet w jedną stronę musiał uciekać za granicę. O tym, że historia potrafi być przewrotna świadczy fakt, iż schronienie znalazł w ojczyźnie kaczora Donalda i gumy do żucia – kraju, który wkrótce miał się okazać jego największym i dożywotnim wrogiem.
W końcu jednak rewolucja zwyciężyła i Fidel z właściwą wszechwładnym dyktatorom skromnością mógł powiedzieć – „Kuba to ja” (tak, skojarzenia z pewnym francuskim królem-megalomanem nie są przypadkowe).
Castro tak samo jak Churchill również był koneserem wielgachnych cygar i podobnie jak brytyjski premier, podczas publicznych wystąpień miał w zwyczaju wznosić dłonie z dwoma palcami ułożonymi w literę „V”, dowodząc w ten sposób powszechności i uniwersalności tego gestu.

Francuska jazda i angielscy łucznicy

Jak do tej pory w poszukiwaniu genezy „victorii” cofnęliśmy się do pierwszej połowy XX wieku, ale żeby dowiedzieć się jaki był prawdziwy początek tego symbolicznego gestu musimy zrobić jeszcze kilka kroków wstecz.
Mamy 25 października 1415 roku. Na polach Grunwaldu już dawno opadł bitewny kurz, a tymczasem pod Azincourt w północnej Francji rozgrywa się kolejna odsłona wojny stuletniej. Naprzeciwko siebie stają, będący na gościnnych występach Anglicy oraz niezbyt zadowoleni z ich wizyty i usiłujący wskazać im drogę powrotną do domu, Francuzi.
Gospodarze imprezy są wypoczęci, dobrze odżywieni i mają przewagę liczebną – według najbardziej ostrożnych szacunków prawie pięciokrotną. Trzon ich oddziałów stanowi ciężkozbrojna jazda złożona z najznamienitszych przedstawicieli francuskiego rycerstwa. Ich samopoczucie jest wyśmienite, a świadomość przewagi powoduje, że cieszą się ze zwycięstwa jeszcze przed rozpoczęciem bitwy, kalkulując ile zarobią na okupach za pojmanych w niewolę angielskich rycerzy. Pewność wygranej jest tak absolutna, że rozpoczyna się budowa specjalnego zakratowanego wozu, w którym pokonany angielski król będzie zawieziony do Paryża.
Stojące naprzeciwko angielskie oddziały różnią się prawie pod każdym względem. W ich szeregach przeważają, pochodzący głównie spośród wolnych chłopów i ubogiego mieszczaństwa, łucznicy. Głodni i zmęczeni kilkutygodniową kampanią, w potarganych ubraniach i w większości bez obuwia, tylko dwa elementy wyposażenia wszyscy bez wyjątku mają w idealnym stanie – łuki oraz wypełnione strzałami kołczany. Zasięg i celność dużych, półtorametrowych łuków (najlepsze są wykonane z drewna cisowego sprowadzanego z pewnego słowiańskiego kraju nad Wisłą) i wprawa łuczników, którzy metrowej długości strzały potrafią wystrzeliwać z szybkością dziesięciu na minutę, daje śmiertelnie skuteczne połączenie.
Francuzi zdążyli się już o tym przekonać pod Crecy i Poitiers gdzie angielskie strzały unicestwiły kuszników i zdziesiątkowały ciężkozbrojną jazdę, przesądzając o francuskiej porażce.
Wróćmy jednak na pole bitwy pod Azincourt. Miejsce starcia, szerokie na około trzysta metrów pole, znajduje się pomiędzy rosnącym po obu stronach lasem co ewidentnie sprzyja Anglikom. Ograniczona przestrzeń powoduje, że Francuzi nie mogą wykorzystać swojej liczebnej przewagi i oskrzydlić Anglików. Na domiar złego, tuż przed bitwą zaczyna padać deszcz, który dodatkowo rozmiękcza i tak niezbyt twardy grunt, skutkiem czego idący do ataku ciężkozbrojni Francuzi grzęzną po kolana w błocie.
Anglicy posiadają również przewagę w zakresie organizacji, dyscypliny i dowodzenia – angielskie oddziały w przeciwieństwie do francuskich są karne i zdyscyplinowane, a na ich czele stoi doświadczony i utalentowany dowódca w osobie króla Henryka V.
Niestety dla Francuzów mają oni również krótką pamięć w efekcie czego powielają katastrofalne w skutkach błędy taktyczne popełnione przez swoich dziadków i ojców pod Crecy i Poitiers.

Pluck yew

Przed bitwą następuje zwyczajowa wymiana uprzejmości podczas której Francuzi pokazują znienawidzonym łucznikom uniesione dwa palce, co ma oznaczać mniej więcej – „jak was zaraz dopadniemy, to tak was urządzimy, że już nigdy więcej nie będziecie mogli bawić się swoimi łukami”.
Istnieje często powtarzana teoria, według której gest ten wziął się stąd, iż Francuzi mieli w zwyczaju obcinać dwa palce każdemu wziętemu do niewoli angielskiemu łucznikowi. Wydaje się być ona jednak mocno dyskusyjna, bowiem w ówczesnych realiach jeniec za którego nie można było otrzymać okupu, był bezwartościowy i nikt się z nim nie ceregielił. Tak było w przypadku wywodzących się z plebsu łuczników, których rodziny nie miały nic do zaoferowania w zamian za ich uwolnienie. Gdyby zatem Francuzi chcieli mieć pewność, że angielscy jeńcy już nigdy nie naciągną cięciwy łuku, to bardziej prawdopodobne wydaje się, że zastosowaliby równie skuteczne, a przy tym o wiele mniej absorbujące i powszechnie stosowane rozwiązanie – złapanym łucznikom po prostu poderżnięto by  gardła…
Stojący z drugiej strony Anglicy odwdzięczają się takim samym gestem – również unoszą dwa palce, co w ich wykonaniu ma dla odmiany oznaczać, ni mniej ni więcej, tylko – „widzicie te dwa palce – zaraz za ich pomocą znowu skopiemy wam tyłki”.
Po bitwie, która okaże się sromotną klęską Francuzów (zginie ich ponad dziesięć tysięcy, przy zaledwie trzystu poległych Anglikach), wzięte do niewoli francuskie niedobitki ponownie zobaczą angielskich łuczników triumfalnie unoszących dwa palce. Tym razem będzie to gest zwycięstwa.
Jak głosi legenda od tamtej pory gest w postaci dwóch uniesionych palców oznacza „victorię”, a uniesienie tych samych palców, ale odwrotnie, czyli zewnętrzną stroną dłoni w kierunku patrzącego, uznawane jest za gest obraźliwy.
Triumfujący Anglicy wymachując w stronę pokonanych Francuzów dwoma palcami wołali – „See, we can still pluck yew”, czyli w wolnym tłumaczeniu – „Zobaczcie, ciągle możemy naciągnąć łuk”.
Na tej podstawie niektórzy twierdzą, że słowa „pluck yew” i gest dwóch palców zwróconych wierzchem dłoni w stronę patrzącego z czasem ewoluowały w znane powszechnie „fuck you”, które wypowiadamy usztywniając swój środkowy palec.
Przeciwnicy tej teorii twierdzą, iż obraźliwy gest wyprostowanego środkowego palca znany był już starożytnym, co ma dowodzić, iż cała historia z ewolucją słów „pluck yew” i wyprężonym środkowym palcem jest zwyczajnie … wyssana z palca.

Inspiracje:
S. Clarke, 1000 lat wkurzania Francuzów, wydawnictwo WAB 2012
B. Cornwell, Pieśń łuków Azincourt, wydawnictwo Esprit 2009

12 Komentarze

  1. Wyprostowany środkowy palec jest z starożytnego Rzymu. Któryś z Cezarów dawał go do pocałowania skierowany w dół nie lubianym osobom. Znaczenie tego gestu dosyć łatwo rozszyfrować. Z biegiem czasu pewnie ewoluował.

  2. Owszem, ale przyszła ta moda z Azji, za sprawą Japończyków. A do Japończyków trafiła tak dawno temu, że już mało kto pamięta genezę.

    Jonaszu – ty twierdzisz, że Azjaci są dziwni… Wiesz, że oni tak samo myślą o nas, ostojach europejskiej normalności?
    Na przykład – wczorajszy tekst na widok mojego śniadanka: Bue! jak ty możesz jeść pomidora z cebulą? i jeszcze solą i pieprzem?! przecież to OWOC!
    Na marginesie – dodaję Cię do witryn odwiedzanych :D
    Pozdrawiam, miłego dnia

    • Są dziwni z naszej, europejskiej perspektywy i zdaję sobie sprawę z tego, że to działa w obie strony. A różnice w gustach kulinarnych, to zapewne temat „rzeka” :-)
      Również pozdrawiam i miłego dnia życzę.

      • To prawda… Ja żartuję, że jadąc do Japonii albo na mój Tajwan (trochę mniej hi-tech i bardziej zamerykanizowany) to prawie jak by się wylądowało na Marsie. Przynajmniej takie było moje pierwsze wrażenie.
        Pełno dziwnych, migających wynalazków które służą nie wiadomo do czego (nawet kibelek może potężnie zaskoczyć). Otaczają cię w znakomitej większości niewielkie stworki – szczupłe, z chudymi kończynkami, z wielkimi głowami i wielkimi oczami (makijaż plus specjalne soczewki kontaktowe), małe noski, małe usteczka… Dookoła feeria dziwnych dźwięków, ludki przyglądają się uważnie każdemu twojemu gestowi, a jak się odezwą – to język ich jest absolutnie niezrozumiałym szemraniem lub świergoleniem.

        Po jakimś czasie mi przeszło. Kiedy wróciłam do Polski na wakacje, zachowywałam się trochę jak turystka, wszytsko było piękne i ekscytujące (zaczynając od możliwości zrobienia zakupów bez odstawiania pantomimy)

  3. Nie zapominajmy, że właśnie dziś najcześciej te dwa palce na zdjęciu mówią, że osoba fotografowana wiedziała, że robią jej zdjęcie i po prostu pozowała.

  4. Mimo, ze w duzym przyblizeniu znalam historie ‚odwrotnosci’ victorii, to czytalam z duzym zainteresowaniem. Swietnie napisane :)

  5. Opowieść ciekawa. Słyszałem już podobne historie na temat „pewnych” gestów wykonywanych palcami, ale nie tak atrakcyjnie opowiedziane.
    Mała uwaga… Łuk angielski tzw. Longbow naciąga się trzema palcami.

    • Dziękuję za uzupełnienie, to by potwierdzało, że historia o obcinaniu palców jest… naciągana ;-)

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.