Człowiek, który przeżył własną śmierć

Olbrzymim cielskiem czterosilnikowego bombowca targały przedśmiertne drgawki. Płonący samolot z coraz większym trudem utrzymywał się w powietrzu. Zachłanne płomienie prawie w całości opanowały wnętrze kadłuba, a ognista kurtyna szczelnie odizolowała tylną wieżyczkę strzelecką od reszty maszyny. 
Siedzący samotnie tylny strzelec nie miał wątpliwości - Tu się nie ma co zastanawiać, stąd trzeba spadać – w płonącym na wysokości 6 tys. metrów samolocie wymowa tych słów była drastycznie dosłowna. Zaczął szukać swojego spadochronu i wtedy ujrzał coś co spowodowało, że mimo szalejących wokół płomieni i odbierającego oddech żaru, poczuł na plecach zimne ciarki. 
Sierżant Nicholas Alkemade uświadomił sobie, że ma jeszcze najwyżej kilka minut życia. Jedyne co mu pozostało, to wybrać sposób w jaki pożegna się z tym światem. 
Mógł w męczarniach spłonąć żywcem albo… Tak, alternatywa była zdecydowanie mniej bolesna – kto wie może nawet nic nie poczuje…

23 marca w późnych godzinach wieczornych, na płycie lotniska Witchford kołowały Lancastery 115 dywizjonu RAF.
Ciężki czterosilnikowy bombowiec Avro Lancaster, przez wielu uważany za najlepszy brytyjski ciężki bombowiec II wojny światowej, zabierał 6,5 ton bomb, a jego załogę stanowiło siedem osób. Przed atakami wrogich myśliwców, broniło go 8 ciężkich karabinów maszynowych Browning, z czego 6 umieszczono w dwóch obrotowych wieżyczkach. Wśród Lancasterów ze 115 dywizjonu RAF startujących tej nocy nad Berlin znajdowała się maszyna nazwana przez swoją siedmioosobową załogę „S for Sugar”. Dowodził nią kpt. John Morrison, a w tylnej wieżyczce uzbrojonej w cztery sprzężone Browningi siedział strzelec Nicholas Alkemade. Młody sierżant wyruszał w swój piętnasty lot bojowy. W drodze nad Berlin „S for Sugar”  szczęśliwie uniknęła ognia artylerii przeciwlotniczej i dotarła nad cel zgodnie z planem.
Gdy bombowiec, uwolniony od ciężkiego balastu bomb, obrał kurs powrotny na swoje macierzyste lotnisko, został zaatakowany przez nocny myśliwiec Junkers Ju 88. Rozpoczęła się walka o życie. Najpierw pilotowi Junkersa udało się umieścić sylwetkę Lancastera w swoim celowniku i wkrótce niemieckie pociski zaczęły dziurawić poszycie bombowca. Po chwili role się odwróciły i myśliwy stał się zwierzyną. Browningi, prowadzone pewną ręką sierżanta Alkemade, zapaliły lewy silnik Junkersa.
Nie mogło to jednak poprawić tragicznego położenia, w jakim znajdowała się załoga płonącego Lancastera.
Samolot zaczynał tracić wysokość. Wieżyczka, w której siedział Alkemade była uszkodzona, a on sam ranny w nogę. Najgorsze jednak było to, że paliwo wydobywające się z uszkodzonego zbiornika podsycało pożar, który błyskawicznie rozprzestrzeniał się wewnątrz kadłuba.
Sytuacja z minuty na minutę stawała się poważniejsza. Lancastera, od środka kadłuba aż po sam ogon, opanowały płomienie.
Alkemade poinformował kapitana Morrisona przez interkom, że płomienie już prawie sięgają jego wieżyczki. Odpowiedź nie pozostawiała wątpliwości – Wiem, wiem, wszystko się pali, trzeba skakać - Były to ostatnie słowa jakie usłyszał od swojego dowódcy.
Żeby wyskoczyć z samolotu, Alkemade musiał przejść do płonącego kadłuba po swój spadochron – w ciasnej wieżyczce było za mało miejsca i strzelec zostawiał go zawsze z tyłu, za swoimi plecami.
Przez dym i płomienie, które parzyły mu twarz i dłonie, dotarł na miejsce, tylko po to, żeby z przerażeniem stwierdzić, że jego trud był daremny. Spadochron, który miał mu uratować życie, był do połowy spalony i zupełnie nie nadawał się do użytku.
Położenie młodego sierżanta wyglądało tragicznie. Wrócił do wieżyczki i usiadał bezradnie. Jego koledzy już pewnie zdążyli wyskoczyć z płonącego samolotu i teraz bezpiecznie opadają na spadochronach.
Jemu pozostało najwyżej kilka minut życia… Ogień był tuż obok. Za chwilę płomienie, które już zaczęły parzyć go w plecy, ogarną całą wieżyczkę, a on zginie w męczarniach.
Nie zastanawiał się długo. Postanowił dokonać ostatniego wyboru w swoim życiu i zakończyć je w sposób możliwie bezbolesny. Wyskoczył z samolotu… bez spadochronu.
Piekło płonącego samolotu pozostało daleko za nim. Odczuł ulgę. Lodowate powietrze wyostrzyło zmysły. Widział gwiazdy na tle czarnego nieba i chmury, które przecinał lecąc w dół jak kamień.
Zdawał sobie sprawę, że za kilkadziesiąt sekund nastąpi zetknięcie z ziemią, które zakończy jego życie.
Nie pamiętał momentu upadku. Prawdopodobnie stracił przytomność tuż przed nim.
Kiedy się ocknął, w pierwszym momencie nie wiedział gdzie się znajduje. Leżał na wznak, a nad sobą widział rozgwieżdżone niebo. Spojrzał na zegarek – była 3:10.
Kiedy próbował ruszać nogami i rękami, poczuł dotkliwy ból w plecach. Ostrożnie, zaczął sprawdzać każdą część ciała, badając czy wszystko z nim w porządku. Nie mógł wstać, przy każdym ruchu odczuwał ból i było mu zimno, ale żył i był cały!
Nie potrafił pojąć tego co się stało – Spadłem z 6 tys. metrów i przeżyłem?! - Jak to w ogóle możliwe?
Leżał pośród drzew, otoczony białym, zimnym puchem. Nie mógł się podnieść, więc pozostawało mu jedynie czekać, aż ktoś go odnajdzie. Zapalił papierosa i zaciągnął się głęboko. Wkrótce usłyszał głosy i nawoływania zbliżających się ludzi.
Sierżant Nicholas Alkemade wyskoczył bez spadochronu na wysokości 6 tys. metrów. Spadł bezpośrednio na gęsty iglasty las pokryty grubą warstwą śniegu. Drzewo, na którym wylądował, złamało się pod jego ciężarem i zamortyzowało lądowanie. Gęsto rosnące drzewa, gruba warstwa poszycia leśnego i obfite zaspy śnieżne, złagodziły skutki upadku i uratowały młodemu lotnikowi życie. Niemcy, którzy go znaleźli stwierdzili u niego liczne obrażenia. Miał poparzoną twarz, ręce i nogi, rany głowy i uda, a także kontuzjowany kręgosłup i stłuczone kolano. Większość obrażeń powstała w płonącym samolocie. Oprócz urazu kręgosłupa, głowy i kolana, upadek z tak dużej wysokości nie spowodował żadnych groźniejszych obrażeń.
Ponieważ nie znaleziono przy nim spadochronu, przesłuchujący go gestapowcy nie chcieli uwierzyć, że jest członkiem załogi zestrzelonego bombowca. Podejrzewali, że jest dywersantem, za co groziła kara śmierci. Kiedy wydawało się, że nic już nie ocali sierżanta przed niechybnym wyrokiem śmierci, znowu dopisało mu szczęście.
Niemcy odnaleźli rozbity wrak Lancastera. Pomimo olbrzymich zniszczeń, tuż za wejściem do wieżyczki tylnego strzelca, udało się odnaleźć resztki spalonego spadochronu, które w niewytłumaczalny sposób ocalały z pożogi. Wersja sierżanta Alkemade została potwierdzona, a jego samego odesłano do obozu jenieckiego niedaleko Franfurtu, gdzie doczekał końca wojny.
Spośród siedmioosobowej załogi zestrzelonego Lancastera, oprócz Nicholasa Alkemade, uratowało się jeszcze dwóch innych członków załogi, którzy w przeciwieństwie do niego mieli spadochrony.
Czterech lotników, w tym dowódca samolotu, zginęło. Zostali pochowani na pobliskim cmentarzu.
Po wojnie sierżant Alkemade wrócił do Wielkiej Brytanii i w glorii bohatera wojennego udzielił licznych wywiadów.
Ożenił się i po demobilizacji rozpoczął pracę w zakładach chemicznych, gdzie uległ kolejnym wypadkom, z których każdy mógł się zakończyć śmiercią.
Najpierw spadła mu na głowę stalowa belka ważąca 100 kg. Ludzie, którzy go wyciągali byli przekonani, że już nie żyje. Okazało się, że tylko stracił przytomność, a jedynym następstwem wypadku był, towarzyszący mu przez jakiś czas, lekki ból głowy.
Niewiele później, Alkemade uległ poważnemu poparzeniu kwasem, ale mimo to ponownie udało mu się ujść z życiem. Tylko po to, aby wkrótce dopisać do swojej „kolekcji” porażenie prądem, w wyniku którego wpadł do zbiornika z chlorem, gdzie przez kwadrans wdychał toksyczne opary. Pomoc przyszła dosłownie w ostatniej chwili.
Jeśli to prawda, że każdy z nas ma swojego Anioła Stróża, to ten, który opiekował się Nicholasem Alkemade, był wyjątkowo zapracowany, a przy tym niezwykle skuteczny.

Na pierwszym z załączonych filmów można zobaczyć jak w samolocie Avro Lancaster działała wieżyczka tylnego strzelca.


Na drugim, w jaki sposób strzelec awaryjnie opuszczał wieżyczkę, kiedy musiał się ratować skacząc ze spadochronem.

Bibliografia:
Tekst powstał na podstawie artykułu T.Malinowskiego zamieszczonego w Pilocie Wojennym nr 4 z 2001 roku

wybrana netografia (dostęp 29.11.2013r.):

http://www.airsceneuk.org.uk/oldstuff/airmanswar/airman.htm

http://www.ww2incolor.com/forum/showthread.php/2954-Nicholas-Alkemade

http://www.lookandlearn.com/blog/18079/sergeant-nick-alkemade-fell-three-miles-to-earth-without-a-parachute/


25 Komentarze

  1. Troszkę jestem zawiedziony tym drugim filmikiem, bo myślałem, że będzie pokazane jak facet opuszcza wieżyczkę. Niestety on tylko o tym opowiada, a szkoda…
    Dzięki za opowiedzenie tej historii. Robi wrażenie.
    Pozdrawiam!

    • Junkers Ju-88 był produkowany jako bombowiec, nocny myśliwiec, samolot rozpoznawczy, itd. Bardzo wszechstronna maszyna, ale ten tekst to nie monografia Ju-88, więc nie było sensu aby się na ten temat rozwodzić.
      Pozdrawiam :)

  2. zaczytywałem się kiedyś beletrystyką lotniczą, spadochron strzelec odpinał gdyż mu przeszkadzał przy „robocie”

  3. Zacząłem czytać, ale powaliła mnie interpunkcja, a konkretnie przecinki w pierwszych czterech zdaniach. Są w miejscach, gdzie ich nie potrzeba, a brakuje tam, gdzie są konieczne. Proponuję najpierw zdać maturę i dopiero wtedy zabrać się za grafomanię. Jakiś gość na ulicy rozdaje woreczki z ludzkimi odchodami. Myślicie, że to obrzydliwe? HEJ! SĄ ZA DARMO! Nikt wam nie każe brać woreczków z odchodami i nikt nie każe czytać blogów grafomanów, ale jeśli wzięliście woreczek z gównem, to nie miejcie do nikogo pretensji, że śmierdzą wam rączki…

    • Pisales mature, mowisz (?)… Hmmm.
      Wiec jakim prawem prawisz komus moraly o interpunkcji, skoro sam stawiasz przecinek przed „a”… no comment zakompleksiony maly czlowieczku. Trzeba bylo zostac belfrem. Moglbys tam sie wyrzywac a tak leczysz swoje kompleksy wyszukujac u innych beledow w pisowni zamiast sensu wypowiedzi. By moc kogokolwiek pouczac i zwracac mu uwage – samemu trzeba byc na poziomie mogacym swiadczyc o posiadaniu takowej wiedzy.

      • A to ty nie wiesz, że przed „a” zawsze stawia się przecinek? Mówimy o maturze, ale ja widzę, że ty nie skończyłeś nawet 3 klasy podstawówki. Już w 3 klasie mówi się bardzo dobitnie o tym, w których miejscach stawia się przecinki, a w których nie. Wiesz co, weź ty się człowieku lepiej za łopatę, albo może wałek malarski. W mojej klatce sąsiedzi narzekają, że nie mogą znaleźć nikogo do pomalowania mieszkań. Będzie też robota w piwnicach – masz gwarantowane przeżycie do wiosny za całkiem niezłą kasę” 10 zeta na godzinę. Tylko błagam, nie pisz. Nie nadajesz się.

      • Tuman zwraca komuś uwagę i pisze „wyrzywać się”, „beledow”, i nie używa polskich znaków. Do tego do polskiego tekstu wplata „no comment”. Ale musi pouczać, bo taka jego natura. Obojętnie czy ma rację, musi otworzyć ryja. Pewnie jakiś żydek…Tutaj jest odnośnik do Wikipedii, kiedy stawia się przecinek, a kiedy nie: http://pl.wikipedia.org/wiki/Przecinek

    • Proszę Pana (Pani?) gdybym miał maturę, to bym książki pisał a nie bloga prowadził. A z tymi cholernymi przecinkami to zawsze miałem problem i powiem Panu w zaufaniu, że czasami to nawet błędy ortograficzne popełniam (sic!). Reszty Pańskiego błyskotliwego komentarza – Pan wybaczy – nie skomentuję, bo do tak niskiego poziomu to nawet prości ludzie bez matury się nie zniżają.
      Pozdrawiam świątecznie i więcej luzu życzę.

      • Ładne opowiadanie, które się dobrze czyta. Nie rozumiem dziwnej dyskusji o błędach interpunkcyjnych, bo akurat w pierwszych czterech zdaniach nie widzę niczego wypaczającego sens wypowiedzi. Za to na końcu pojawia się jeden bardzo często popełniany błąd, z którym spotykam się nawet w wielu artykułach prasowych. Proszę zauważyć, napisałem „błąd, z którym…” a nie „błąd z, którym”. Zasada stawiania przecinka przed „który” nie jest bezwzględna, bo w rzeczywistości dotyczy całego określenia. Cofanie przecinka dotyczy również sytuacji, kiedy spójniki połączone są z innymi spójnikami, partykułami lub przysłówkami (np. „…, podczas gdy …”, „…, mimo że …”). Powinno być zatem: „… porażenie prądem, w wyniku którego …”. Jak napisałem, tekst mi się podoba i proszę nie brać mojej wypowiedzi za przejaw krytyki, a jedynie jako delikatną uwagę. Pozdrawiam.

  4. No tak…
    A inny człowiek wyjdzie na dwór wyrzucić śmieci
    i ginie, bo mu dachówka spadnie na łeb…
    Lub pijak go przejedzie na pasach… Tak jakby nie mógł jechać minutę później…

  5. Gdyby w tego faceta strzelili rakietą z głowicą jądrową – ta nie wybuchłaby, tylko uderzyłaby w ścianę, wykruszyła trochę cegieł, z których jedna lekko stłukłaby mu nogę :-) Co za farciarz, model z tego Angola.

    • Pan Bohdan Arct mógłby być moim dziadkiem, więc nic dziwnego, że napisał o tym wcześniej ;) A tak na poważnie, to czytałem tylko dwie książki jego autorstwa i tam akurat tej historii nie było. Mógłbym prosić o podanie tytułu? Chętnie przeczytam.
      Dziękuję za komentarz i pozdrawiam :-)

Odpowiedz na „~umarłem strzelającAnuluj pisanie odpowiedzi

Wymagane pola są oznaczone *.