Te wspaniałe kobiety… Anna Dorota Chrzanowska – pani na zamku.

W 1675 roku niespełna dwa lata po chocimskiej wiktorii Turcy pod wodzą paszy Ibrahima Szyszmana zwanego „Tłuściochem” wspierani przez Tatarów z Selimem Gerejem na czele ponownie najechali południowe rubieże Rzeczypospolitej. 21 września 1675 roku Szyszman z całą swoją potęgą stanął pod murami zamku w Trembowli. Warowni broniła kompania piechoty w sile 80 żołnierzy, około 200 okolicznych chłopów i mieszczan uzbrojonych w rusznice oraz garść miejscowej szlachty.
Każdy z obrońców miał przeciwko sobie co najmniej kilkudziesięciu wyznawców Allaha i wszystko wskazywało na to, że porażająca dysproporcja sił załatwia sprawę i los przytłoczonej bisurmańską potęgą załogi zamku jest przesądzony.

strzałka wskazuje położenie Trembowli

Twierdza

Położona na Podolu Trembowla – kiedyś dostatnie i zamożne miasto żyjące z handlu – podczas kozackiej rebelii w 1648 roku została całkowicie zrujnowana z czego nie zdołała się podnieść przez następne ćwierć wieku. Część mieszkańców wyrżnięto, część poszła w jasyr, a ci co się uchowali w większości nie wrócili, bo albo się bali, albo nie mieli do czego. Odbudowano niespełna co dziesiąte domostwo. Na pozostałych, które wojenna zawierucha obróciła w wypalone zgliszcza, rosła trawa.
W obrębie miasta znajdowały się dwie dzielnice – Stara i Nowa Trembowla – ta pierwsza drewniana, druga murowana, zamek z przygródkiem oraz klasztor Karmelitów. Zniszczeniom oparły się jedynie otoczony murem klasztor i górujący nad okolicą zamek.
Zbudowany podczas panowania Kazimierza Wielkiego, zdobywany, burzony i odbudowywany, ostateczny kształt przybrał w 1631 roku, kiedy to został przebudowany z uwzględnieniem najnowszych osiągnięć w zakresie architektury obronnej i sztuki fortyfikacji.
Posiadając Trembowlę można było kontrolować trakty handlowe wiodące z Kamieńca do Kijowa i Lwowa oraz chronić je przed tatarskimi czambułami. Znaczenie zamku w Trembowli wzrosło jeszcze bardziej po utracie twierdzy w Kamieńcu, dlatego w 1674 roku, z nakazu Sejmu Konwokacyjnego, dokonano restauracji zniszczonych murów, wyremontowano zamkowe zabudowania i zaopatrzono fortecę w 12 nowych armat.
O obronnych walorach Trembowelskiej twierdzy, decydowało przede wszystkim bardzo korzystne usytuowanie. Budowla znajdowała się na szczycie wysokiego skalnego cypla, z jednej tylko, północnej strony przechodzącego w płaskowyż. Z trzech pozostałych kierunków dostępu broniło strome, skalne urwisko, od zachodu omywane przez potok Peczenija, który tuż pod zamkiem wpadał do rzeczki Gniezny – dopływu Seretu.
Zamek, a właściwie zameczek, miał kształt nieregularnego, wydłużonego trójkąta o długości 100-120 metrów i szerokości 40-70 metrów. Na jego południowym krańcu zbudowano potężną, owalną basteję z murami, o grubości dochodzącej do 5 metrów i stanowiskami strzeleckimi rozmieszczonymi na dwóch poziomach.
Od strony północnego płaskowyżu twierdzy broniły dwie mniejsze basteje umieszczone na flankach – zachodnia o kształcie sześcioboku i wschodnia w kształcie czworoboku. Łączył je mur o grubości dochodzącej do 4 metrów, który załamano na środku, a „ostrze” skierowano na zewnątrz.
Jedyną bramę, poprzedzoną mostem zwodzonym, „schowano” po wschodniej stronie twierdzy, dodatkowo osłaniając ją murami przygródka.
Zamek miał własne ujęcie wody w postaci stojącej na dziedzińcu murowanej i zadaszonej studni oraz trzy tajne przejścia podziemne – jedno wiodło do klasztoru Karmelitów, drugie do Monasteru w Plebanówce i trzecie – najdłuższe, bo aż 12-to kilometrowe, do sąsiednich Mikuliniec.
Najpotężniejsza nawet forteca nic jednak nie znaczy jeśli nie ma jej kto bronić. Tymczasem stacjonujący na zamku dragoni zostali „eksmitowani” przez mieszkańców Trembowli, którzy uznali, iż utrzymanie wojaków zbytnio obciąża ich kiesy.
W obliczu narastającego tureckiego zagrożenia Jan III Sobieski mając świadomość, iż kluczowa twierdza jest praktycznie bezbronna, osobiście rozkazał odkomenderować do zamku kompanię piechoty.

Trembowla i ruiny zamku zdjęcie z początku XX wieku (źródło NAC)
ruiny zamku zdjęcie z 1926 r. (źródło NAC)


Pan Komendant

W ten sposób w dniu 16 sierpnia 1675 roku na dziedzińcu Trembowelskiego zamku stanął kapitan piechoty Jan Samuel Chrzanowski na czele 80 piechurów. Dokładnie rzecz ujmując na czele 80 piechurów i z małżonką u boku, o której – mając na uwadze przyszłe wydarzenia, nie sposób nie wspomnieć. 

Jan Samuel Chrzanowski był konwertytą – Żydem, który wiarę swoich przodków porzucił na rzecz chrześcijaństwa. Przyczyny  „nawrócenia” pozostają nieznane, możemy się ich jedynie domyślać na podstawie jego życiowych wyborów. Chrzanowski bowiem, w przeciwieństwie do wielu swoich pobratymców parających się finansami albo handlem, ponad brzęk monet i zacisze kupieckiego kantorku, przedkładał zapach prochu i zgiełk bitwy. Jego preferencje były o tyle problematyczne, iż jako wyznawca wiary mojżeszowej o wojskowej karierze nie miał co marzyć. Możemy zatem domniemywać, iż decyzja o zmianie wyznania nie była spowodowana jakimś głębokim kryzysem wiary, ale raczej miała bardzo przyziemne podstawy. Po prostu nowe wyznanie było bardziej „perspektywiczne”, w kontekście życiowych planów Chrzanowskiego.
Koniec końców Chrzanowski przywdział upragniony mundur i został piechurem. Będąc przechrztą-neofitą i na domiar złego nie będąc szlachcicem, nie miał szans na służbę w bardziej elitarnym i poważanym rodzaju wojska.
Jego kariera nabrała nagłego przyspieszenia w 1673 roku. Wówczas to walcząc pod Chocimiem w pułku pieszym Stanisława Koniecpolskiego, Chrzanowski musiał się odznaczyć niezwykłą odwagą i kunsztem wojskowym, bowiem awansowano go na stopień oficerski i powierzono dowództwo chorągwi w pułku pieszym kasztelana Bełzkiego Aleksandra Ludwika Niezabitowskiego.
Właśnie z tej chorągwi rekrutowało się owych 80 piechurów, którzy 16 sierpnia 1675 roku przybyli na zamek w Trembowli. Doświadczeni i zaprawieni w bojach z Turkami wiarusi zostali przez Chrzanowskiego wybrani spośród wszystkich żołnierzy z jego chorągwi.
Popadając w nieco sensacyjno-przygodowy ton, można by o nich powiedzieć – „najlepsi z najlepszych”.

Pani Komendantowa

Razem z nowym komendantem, niczym Sienkiewiczowska Baśka za Wołodyjowskim, przybyła jego żona Anna Dorota Chrzanowska (według niektórych przekazów Zofia Dorota Chrzanowska).
Pochodząca z bogatej mieszczańskiej rodziny, Chrzanowska z domu von Frezen, (według M. Miessesa – von Fresen) niewiastą była ponoć niezwykle energiczną i temperamentną, a podług ówczesnych kanonów piękna, również wyjątkowo urodziwą.
„czarnowłosa, smagłej cery, z migdałowymi oczyma”.
Wydawać by się mogło, że walory urody i wysokość posagu zapewnią pannie von Frezen kolejkę adoratorów, tymczasem kandydatów do jej ręki ze świecą było szukać. Małżeństwo ze szlachcicem z oczywistych powodów było mało realne, ale cóż zniechęcało do konkurów młodzieńców stanu mieszczańskiego? Otóż von Frezen, podobnie jak Chrzanowski była konwertytką – pochodziła ze świeżo przechrzczonej rodziny żydowskich mieszczan. Fakt ten skazywał ją na towarzysko-matrymonialny ostracyzm, bowiem przechrztami-neofitami pogardzali zarówno Żydzi, jak i „starzy” Chrześcijanie.
Nie wiemy czy Chrzanowskich zbliżyła podobna dola „odszczepieńców”, czy też było coś więcej, faktem jest, że stanęli przed ołtarzem i wszystko wskazuje na to, iż byli całkiem udanym małżeństwem.

Oblężenie

Po wizycie tureckiego zagonu w połowie lipca w Trembowli z niepokojem wypatrywano turecko-tatarskiej armii oczekując, iż Szyszman pojawi się lada dzień.
Zewsząd dochodziły wieści o kolejnych zamkach zajmowanych przez Turków. Jedne padały po krótkiej obronie, inne kapitulowały w ogóle nie podejmując walki.
Tymczasem mijają kolejne tygodnie, a w Trembowli nadal panuje spokój. I kiedy na zamku coraz śmielej zaczyna kiełkować nadzieja, że bisurmańska nawałnica przejdzie obok, 19 września 1675 roku pojawiają się pierwsze tatarskie czambuły, które pustoszą wyludnione miasto i palą klasztor Karmelitów. Następnego dnia przybywa Selim Gerej z resztą ordyńców, a 21 września 1675 roku nadciąga Ibrahim Szyszman z całą turecką potęgą.
Pomny dotychczasowych łatwych zwycięstw nad większymi i lepiej obsadzonymi zamkami, Szyszman oczekuje, że obrońcy małego zameczku poddadzą się bez jednego wystrzału. Aby ułatwić im podjęcie decyzji, Szyszman każe swoim oddziałom przedefilować przed murami zamku.
Na Chrzanowskim i jego żołnierzach, doświadczonych wiarusach, ta demonstracja siły nie robi większego wrażenia, ale część uciekinierów z Trembowli i okolic, którzy schronili się w zamku, przerażona turecką potęgą, wpada w panikę.
W takim oto momencie do zamku przybywają tureccy parlamentariusze.
Chrzanowski chce bronić zamku, aż do nadejścia spodziewanej odsieczy. Jego zamiarom sprzeciwia się część defetystycznie usposobionych uciekinierów, z kilkoma szlachcicami na czele, którzy coraz energiczniej przekonują do kapitulacji.
Obiektywnie oceniając ich postulat wcale nie jest bezzasadny. Załoga twierdzy jest nieliczna, a turecka przewaga przytłaczająca. Zamek jest przepełniony chłopstwem, mieszczanami i szlachtą, z całej okolicy. Większość tych ludzi nie ma broni i nie umie walczyć, a wszystkich trzeba wyżywić i napoić. Chrzanowski zaczyna się wahać.
Wówczas to po raz pierwszy na dziejową scenę wkracza jego żona. Wzburzona niewiasta, uzbrojona w dwa bandolety (inne przekazy mówią o dwóch kuchennych nożach), staje przed Chrzanowskim grożąc, że zabije jego i siebie, jeżeli postanowi on poddać twierdzę.
Chrzanowskiego od razu opuszczają wszelkie wątpliwości, czemu nie ma się co dziwić – w końcu żaden mąż, jeśli posiada chociaż odrobinę rozsądku, nie będzie się sprzeciwiał rozgniewanej żonie. Zwłaszcza jeśli ta wymachuje nabitym pistoletem, albo co gorsza, kuchennym nożem.
Cały swój dotychczasowy animusz tracą również orędownicy kapitulacji, którzy milkną niepyszni. Rejteradę w obliczu liczniejszego wroga może dałoby się jeszcze jakoś wytłumaczyć, ale nawoływanie do kapitulacji, kiedy obok stoi zagrzewająca do walki białogłowa, to już zupełnie inna sprawa. Taką plamę na męskim i szlacheckim honorze trudno byłoby wywabić. A pamiętać musimy, że w XVII wieku słowo „honor” miało jeszcze jakąś wartość.  

Anna Dorota Chrzanowska na zamku w Trembowli, obraz Leopolda Löfflera (źródło Wikipedia)


Tureccy parlamentariusze odchodzą z kwitkiem i wkrótce z zamkowych murów można dostrzec rosnące kopce artyleryjskich szańców. Najbliższy z nich powstaje zaledwie 70 metrów od zamku.
Równocześnie zamkowe przedpole zaczyna przecinać pajęczyna rytych w ziemi aproszy i okopów, które mają osłonić szturmujących janczarów i umożliwić założenie min pod murami.
Następnego dnia rano nad tureckimi bateriami wykwitają pierwsze obłoczki prochowego dymu, zwiastując początek regularnego oblężenia.
Turecka artyleria rozpoczyna systematyczny ostrzał z 24 funtowych półkartun. Miotane z nich kule kalibru 152 mm mają wybić w zamkowych murach wyłomy, którymi janczarzy będą mogli wtargnąć do wnętrza twierdzy. Jednocześnie na zamkowy dziedziniec i jego zabudowania spadają moździerzowe granaty, siekąc odłamkami, rujnując zabudowania i wzniecając pożary.
Obrońcy nie pozostają dłużni. Szturmujących janczarów wita grad stali i ołowiu, a kule z zamkowych armat rozbijają jedyny w okolicy most na Gnieźnie, który Turcy będą musieli odbudować aby przetoczyć oblężniczy sprzęt.
Tureckie pociski nie czynią większych zniszczeń w grubych murach twierdzy, ale padają pierwsi polegli. Dokuczliwą stratę stanowi zniszczenie zamkowej studni już pierwszego dnia oblężenia, co zmusi obrońców do racjonowania wody i poważnie utrudni gaszenie pożarów.
W następnych dniach Turkom w dalszym ciągu nie udaje się „ugryźć” solidnych murów Trembowelskiej twierdzy, co uniemożliwia przeprowadzenie skutecznego ataku. Pod murami zamku zalegają setki ciał poległych janczarów. Odparcie kolejnych szturmów podnosi ducha wśród obrońców, ale ich położenie pogarsza się z dnia na dzień.
Zamek jest przepełniony uciekinierami, wśród których są kobiety i dzieci. Kurczą się zapasy żywności i amunicji. Od pierwszego dnia są problemy z wodą. Rośnie liczba poległych, których nie ma gdzie grzebać. Ich ciała są składane w jednej z zamkowych piwnic. Po zamku rozchodzi się mdlący trupi odór.
Na domiar złego Turcy, którym po kilku dniach udaje się podciągnąć okopy pod same mury zamku, zaczynają zakładać pod nimi miny. Pierwsze eksplozje nie powodują poważnych uszkodzeń, ale destrukcyjnie działają na morale obrońców, przez co o mały włos nie dochodzi do tragedii.
Ponownie bowiem zawiązuje się opozycja wobec Chrzanowskiego. Część szlachty obawiając się, iż wybuch kolejnej miny może oznaczać zagładę, postanawia poddać twierdzę. Korzystając z tego, iż Chrzanowski na czele 20 żołnierzy broni południowej części murów, odciętej od reszty zamku piętrzącą się stertą gruzów, postanawiają wywiesić białą płachtę.
Pechowo dla nich, świadkiem knowań jest Chrzanowska, która akurat przechodzi tuż obok. Widząc, co się święci natychmiast zawiadamia męża. Chrzanowski tłumi bunt w zarodku, a buntowników zamyka w piwnicy, zostawiając im do towarzystwa antałek gorzałki, który ma ich pocieszyć i dodać wojennego animuszu. Kryzys zostaje opanowany.
Chrzanowska dwoi się i troi. Jest wszędzie, a jej energia zdaje się być niewyczerpana. Kieruje kobietami, które opiekują się rannymi i przygotowują posiłki. Wspiera i zastępuje wyczerpanego ciągłą bitwą i permanentnym brakiem snu, męża. Bierze czynny udział w walce, stając na murach z bronią w ręku i wychodząc na „wycieczki”, czyli wyprawy za mury zamku, których celem jest uprzykrzanie życia tureckim minerom.

Koniec

Po niespełna dwóch tygodniach oblężenia położenie obrońców jest dramatyczne. Rośnie liczba zabitych i rannych. Zamkowe zabudowania są zrujnowane, a mury poważnie nadwątlone. Amunicja jest na wyczerpaniu. Trzeba racjonować wodę i brakuje żywności.
Wreszcie następuje to, czego obrońcy obawiali się najbardziej. Po detonacji kolejnej tureckiej miny, w zamkowych murach powstaje szeroki na 20 metrów wyłom. Janczarzy natychmiast ruszają do szturmu. Po raz pierwszy dochodzi do walki wręcz. W ruch idą szable, noże, piki, kolby muszkietów, kamienie i pięści. Chrzanowska, która na gruzach wysadzonych murów walczy z muszkietem w ręce, zostaje dwukrotnie ranna.
Chociaż wydaje się to nieprawdopodobne, ten szturm również zostaje odparty.
Chrzanowskiemu pozostaje niespełna 1/3 żołnierzy, z czego większość jest ranna lub kontuzjowana. Nie ma wątpliwości, że to już koniec. Zdziesiątkowani obrońcy nie będą w stanie odeprzeć następnego szturmu.
Do obrony wyłomu Chrzanowski pozostawia 20 żołnierzy i swoją żonę, a sam na czele zaledwie pięciu piechurów (w tym trzech rannych) zajmuje stanowiska na innym zagrożonym odcinku.
O świcie 5 października 1675 roku wszyscy czekają w napięciu spodziewając się, iż decydujący atak może nastąpić w każdej chwili. Poranek jest mglisty, widoczność bardzo ograniczona – idealna pogoda do szturmu.
Jednak zamiast idących w karnych szeregach janczarów, z rzednącej, porannej mgły, najpierw wyłania się puste przedpole, a po chwili tureckie szańce, na których nie widać żadnego ruchu. Wysłany zwiad potwierdza – okopy i szańce są puste. Turcy odeszli. Koniec oblężenia!


Epilog

Turcy odstąpili od oblężenia, bojąc się konfrontacji z nadciągającym Janem III Sobieskim. Odsiecz nadeszła w ostatnim momencie. Ibrahim Szyszman nie zdawał sobie sprawy jak niewiele brakowało mu do zwycięstwa.
Obrońcy Trembowli zyskali sławę w całej Rzeczypospolitej.
Chrzanowski został awansowany na stopień pułkownika, a w 1676 roku Sejm Koronny złożył mu oficjalne podziękowanie i jednomyślnie nobilitował oboje małżonków, czyniąc ich szlachcicami z herbem Poraj.
„(…) zawdzięczając odważnie wytrzymane oblężenie trembowelskie urodzonemu Janowi Samuelowi Chrzanowskiemu, komendantowi Trembowli, obersztleutnantowi naszemu na zgodę wszech stanów, onego i potomków jego, klejnotem szlacheckim polskim zdobiemy, na co przywilej z kancelarii naszej wydać każemy”
W 1678 roku Chrzanowski został Komendantem Lwowa, w 1683 roku podstolim mielnickim, a w rok później – smoleńskim.
Chrzanowscy doczekali się potomstwa i „żyli długo i szczęśliwie”.
Z czasem obrona Trembowli obrosła legendą, a sama Chrzanowska utrwaliła się w pamięci potomnych dzięki twórczości kolejnych artystów, dla których była inspiracją. Wielokrotnie uwieczniano ją w malarstwie, rysunku i grafice, czego najbardziej znanym przykładem jest obraz Aleksandra Lessera z 1864r. pt. „Obrona Trembowli”. Na cześć Chrzanowskiej pisano wiersze, poematy, opowiadania, a kompozytorzy Jakub Kublicki i Józef Wybicki (ten od hymnu) poświęcili jej dwie opery.
Niesłabnącą rewerencją cieszyła się Chrzanowska w samej Trembowli, gdzie uhonorowano ją dwoma pomnikami, a jedną z ulic nazwano jej imieniem i gdzie pamięć o niej przetrwała aż do końca II Rzeczypospolitej.
Przy całej sławie i splendorze jaki spłynął na Chrzanowskich, często przemilczano ich żydowskie pochodzenie, przy czym u Chrzanowskiej – prawdopodobnie ze względu na brzmienie jej panieńskiego nazwiska – doszukiwano się niemieckich przodków.

pomnik Chrzanowskiej, który stał w miejskim parku w Trembowli, zniszczony po II wojnie światowej (źródło NAC)

Posłowie

Ileż to w naszej historii tragicznych „pięknych porażek”, honorowych przegranych i „moralnych zwycięstw”, które z tak masochistyczną emfazą celebrujemy. Przekonanie, że jesteśmy najbardziej skopanym, sponiewieranym i doświadczonym narodem, w jakiś niepojęty sposób, poprawia nam samopoczucie, a nawet sprawia, że czujemy się lepsi od innych.
Zgodnie z tym „nurtem” komendant Chrzanowski, wzorem Wołodyjowskiego, albo innego Ordona (oczywiście tego od Mickiewicza), powinien wysadzić się wraz z całym zamkiem, na pohybel Bisurmanom, a jego wierna żona, niczym Wanda co nie chciała Niemca, efektownie rzucić się z murów Trembowelskiej twierdzy.
Tymczasem nie dość, że oboje przeżyli, to jeszcze doczekali się nobilitacji, zaszczytów, gromadki dzieci, spokojnej starości i nieśmiertelnej sławy.
Żadnego męczeństwa, tragedii, mesjanizmu i na dokładkę – rzecz zupełnie u nas niepraktykowana – powszechne uznanie i podziw jeszcze za życia. Całkowicie wbrew naszej „narodowej tradycji”. Zupełnie nie po polsku.
I może chociażby dlatego warto pamiętać tę historię. Nawet jeśli – jak się wydaje – jest nieco podkoloryzowana przez potomnych.


Bibliografia:
L. Stomma, Kobiet czar, Warszawa 2000
M Wagner, Wojna polsko-turecka w latach 1672-1676 tom II,Zabrze 2009
M. Mieses, Z rodu żydowskiego. Zasłużone rodziny polskie krwi niegdyś żydowskiej, Warszawa 1991

Netografia (dostęp 26.10.2013r.):

http://www.nto.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20100306/REPORTAZ/903725364


http://www.kuriergalicyjski.com/index.php/reportage/1008-pamici-zofii-ktra-uratowaa-miasto


4 Komentarze

  1. Zacnie opowiedziana historyja:) Od się dodam, że w Międzywojniu w Trembowli stacyjonował 9 Pułk Ułanów Małopolskich, pomiędzy którego oficyjerami kwitnęła pewna nie nazbyt rozsądna tradycja próbowania objechania konno murów opisywanej twierdzy…By tegoż dokazać, byłoż trza konia mieć okrutnej zręczności i odwagi niemałej, rzekłbym że konia o duszy prawdziwie rogatej: ułańskiej:))… takoż i samemu mieć zdolności jeździeckich extraordynaryjnych… Dowódcy tegoż bynajmniej nie pochwalali, bo nader łacno było przy tem nie zwyczajno karku jeno skręcić, ale i z siebie i z konia jednej miazgi uczynić runąwszy z kilkudziesięciu metrów, przecie z kilkuset prób, było kilku, coż tego dokonali… Kłaniam nisko:)

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.