Biją naszych!

„Jest rzeczą ogólnie znaną i absolutnie zrozumiałą, iż w czasie zetknięć naszych dziarskich, pełnych temperamentu i gorącokrwistych lotników z przedstawicielami wojsk alianckich niezliczoną ilość razy dochodziło do nieporozumień i tak zwanych rękoczynów. Przeważnie chodziło o jakąś spódniczkę, a raczej o jej zawartość, czasem o honor, czasem o inne sprawy.”
B. Arct „Powietrze pełne śmiechu”.

Piloci Dywizjonu 303
O Holender!

Kiedy sierżant G.B. Ferguson rozpoczynał swój rutynowy wieczorny obchód okręgu E 16 – jak oznaczono obszar który patrolował, nic nie wskazywało na to, że tego dnia, w spokojnej zazwyczaj okolicy wydarzy się coś nadzwyczajnego. Mijając o godz. 21:00 pub Mrs. Peacock, zauważył wchodzących do niego dziewięciu holenderskich marynarzy. Fakt ten nie był niczym nadzwyczajnym i prawdopodobnie sierżant wcale nie wspomniałby o nim w swoim raporcie, gdyby nie jeden istotny szczegół. Otóż widok marynarzy stanowił bezpośrednią zapowiedź wydarzeń, które za kilkadziesiąt minut miały gwałtowanie przerwać spokój wieczornego patrolu. Kiedy bowiem pół godziny później wracający z obchodu sierżant Ferguson znalazł się ponownie przed pubem Mrs. Peacock scena, którą ujrzał spowodowała, że jego brwi uniosły się wysoko w wyrazie głębokiego zaskoczenia. Jak się miało wkrótce okazać nie po raz ostatni tego wieczoru.
Na oczach zdumionego sierżanta ci sami marynarze, którzy pół godziny wcześniej wchodzili do pubu, obywali drogę w przeciwnym kierunku, wypadając przez drzwi i okna w dosyć gwałtowny sposób. Patrząc na ich opłakany stan nie trzeba było analitycznego umysłu Sherlocka Holmesa żeby zauważyć, iż najwyraźniej ktoś im w tym energicznie pomagał. Rozbite, krwawiące nosy i podsiniaczone oczy oraz barwne wiązanki głośnych przekleństw, wskazywały jednoznacznie, iż marynarze na pewno nie opuszczali lokalu dobrowolnie. Niektórzy byli tak poturbowani, że nie mogli ustać o własnych siłach.
Sierżant Ferguson słusznie podejrzewając, że w pubie Mrs. Peacock doszło do jakiejś grubszej awantury, niezwłocznie postanowił ustalić kto tak bezceremonialnie potraktował nieszczęsnych marynarzy.
Kiedy wszedł do środka lokalu brwi na jego zdziwionym obliczu powędrowały w górę już po raz drugi tego wieczoru. Spodziewał się ujrzeć gromadę awanturujących się, pijanych biesiadników, tymczasem oprócz czterech polskich lotników spokojnie popijających piwo przy jednym ze stolików, w pubie nie było nikogo więcej. Gdy sierżant przyjrzał się lotnikom bliżej, zdziwił się po raz trzeci. Wszyscy czterej byli co prawda nieco zdyszani, ale nie było po nich widać aby brali udział w jakiejkolwiek bójce. Sprawa wyrzucenia z pubu dziewięciu marynarzy, którzy z pewnością nie byli grzecznymi chłopcami do bicia stawała się coraz bardziej zagadkowa.
„Ponieważ oprócz czterech podoficerów w mundurach polskich lotników w lokalu nie było nikogo innego, podszedłem do nich i poprosiłem o podanie nazwisk. Lotnicy przedstawili się po kolei, ale ich nazwiska okazały się niemożliwe do wymówienia. Poprosiłem aby sami napisali je na kartce, co też niezwłocznie uczynili, po czym bardzo uprzejmie zaprosili mnie do swojego stolika. Niestety byłem zmuszony odmówić, gdyż byłem na służbie i musiałem wezwać ambulans dla pobitych Holendrów. Chciałem się od nich dowiedzieć kto ich pobił, ale na wszystkie moje pytania odpowiadali przekleństwami. Częściowo po angielsku, częściowo w jakimś innym języku, którego nie rozumiałem – zapewne po holendersku.”
Przesłuchana w charakterze świadka barmanka o nazwisku Alith Smith, zeznała, że holenderscy marynarze weszli do pubu i zamówili po jednym piwie. Nie wie jednak co wydarzyło się później, bowiem udała się na chwilę na zaplecze, a gdy wróciła Holendrów już nie było.
Kulisy tajemniczego pobicia wyjaśniły się podczas rozprawy w sądzie przed którym czterej polscy lotnicy stanęli w charakterze oskarżonych.
Cała czwórka przyznała się do winy, tłumacząc, że zdarzenie zostało sprowokowane zachowaniem holenderskich marynarzy, którzy po wejściu do pubu zaczęli śpiewać niemieckie piosenki. Ponieważ fakt ten niezmiernie wzburzył naszych rodaków, błyskawicznie przekonali śpiewających w języku Hitlera intruzów, że angielski pub w czasie wojny, nie jest najlepszym miejscem do tego rodzaju popisów wokalnych. Poszkodowani Holendrzy potwierdzili taki przebieg wydarzeń, dodając przy tym, że do Polaków, z którymi zdążyli się w międzyczasie zaprzyjaźnić, nie żywią żadnej urazy, a cała awantura dała im możliwość bliższego poznania bohaterskich lotników, o których mówi cała Wielka Brytania.
Rozstrzygnięcie, które zapadło było równie nietypowe jak całe zajście. Sędzia ukarał każdego z lotników grzywną w wysokości jednego funta, po czym – mimo stanowczych protestów honorowych „skazańców” – wyjął z portfela cztery jednofuntowe banknoty i za nich zapłacił.
Biją naszych!

Szczęśliwie dla nich samych, Holenderscy marynarze śpiewający po niemiecku, raczej rzadko wchodzili polskim lotnikom w drogę. Nie oznacza to bynajmniej, że tylko oni byli w stanie wyprowadzić naszych krewkich rodaków z równowagi. W pobliżu Northolt, gdzie stacjonowały polskie dywizjony, znajdował się lokal o nazwie „Alekxander Palace”. Do tego to lokalu zapraszano różnego rodzaju artystów, którzy swoimi występami mieli lotnikom urozmaicać czas wolny od służby. Jednak o wiele większym powodzeniem cieszyły się organizowane w „Alekxander Palace” wieczorki taneczne. Oczywiście nie mogło na nich zbraknąć płci pięknej, o względy której polscy lotnicy rywalizowali ze swoimi brytyjskimi towarzyszami broni.
Na jednej z takich potańcówek licznie stawili się żołnierze Gwardii Irlandzkiej, którzy w tym czasie stanowili ochronę lotniska. Gwardziści imponowali doskonałą kondycją fizyczną i wysokim wzrostem, którym przewyższali większość polskich lotników obecnych na imprezie.
Jak wiadomo, im większe skupisko „wyrywnych” młodzieńców, tym większa szansa na to, że dojdzie do jakiegoś nieporozumienia. Jeżeli jeszcze dodamy do tego towarzystwo urodziwych niewiast, to prawdopodobieństwo rozróby jest niemal stuprocentowe.
Nie inaczej było tym razem. Kiedy impreza rozkręciła się na dobre nastąpiło nieuchronne, czyli moment, w którym Irlandczyk i Polak zechcieli zatańczyć z tą samą dziewczyną.
Rozpoczęło się od wymiany słów, które z każdym zdaniem stawały się coraz bardziej nieparlamentarne.
„Gwardziści irlandzcy mieli pod tym względem wyjątkowo obfity – jak na mowę Anglosasów – zasób wyrażeń, niewiele ustępujący wiązankom polskim, które nasi chłopcy z zadziwiającą płynnością tłumaczyli pospiesznie na angielski”.
Słowa w naturalny sposób przerodziły się w czyny i wkrótce naprzeciw siebie stanęły dwie, pobudzone alkoholem i wymianą „uprzejmości”, zwaśnione grupy młodych mężczyzn.
„Z jednej strony przeważające liczebnie, żylaste, wysokie, długokończyste, rudowłose, ale trochę powolne draby z Gwardii Irlandzkiej, z drugiej – przysadziste, krzepkie, ale zwinne chłopaki spod Sępolna, Kutna, czy Opoczna”.
Od początku starcia przewagę uzyskali polscy lotnicy, którzy szybko zepchnęli gwardzistów do defensywy. Ci drudzy myśląc, że uchroni ich to od sromotnej porażki, wpadli na zgubny dla siebie pomysł. Nie mogąc sobie poradzić z Polakami w walce wręcz, Irlandczycy pobiegli do koszar po karabiny, które miały im zapewnić przewagę.
Rozsierdzeni takim obrotem sprawy lotnicy zareagowali błyskawicznie. Karabiny zostały w momencie wyrwane z rąk gwardzistów, a oni sami rozgonieni na cztery wiatry. Po chwili na placu boju oprócz Polaków pozostali jedynie ci Irlandczycy, których stan nie pozwalał na samodzielną ewakuację. Krajobraz po bitwie dopełniały piszczące kobiety chowające się w kącie sali i kilka połamanych karabinów. Dowódca gwardzistów, którzy pomimo liczebnej przewagi i posiadania broni palnej, tak szybko zostali wyeliminowani z walki, bardzo przeżył hańbiącą porażkę swoich podkomendnych. Najbardziej jednak bolało go niehonorowe zachowanie jego żołnierzy, którzy zapominając o zasadach fair play, przeciwko gołym pięściom wystąpili uzbrojeni w karabiny…

Nie wylewaj waćpan piwa!

Inna impreza, w której mieli okazję uczestniczyć polscy lotnicy odbyła się w reprezentacyjnej sali ratusza szkockiego miasta Perth. Ściany sali, w której odbywały się tańce, zdobiły zabytkowe miecze, tarcze, topory, szable i tym podobnych rekwizyty, z których część zapewne pamiętała czasy walecznego Williama Wallaca. Tym razem oprócz polskich lotników na potańcówce pojawił się również oddział angielskich komandosów. Jednemu z nich wpadła w oko niezwykle urodziwa Szkotka, która niestety tańczyła z Polakiem. Propozycja „odbijanego” nie została zaakceptowana ani przez nią ani przez jej partnera i wkrótce zabytkowa sala ratusza w Perth stała się sceną angielsko-polskiej bitwy na pięści.
Kiedy w tej samej konkurencji w szranki stają hobbyści przeciwko profesjonalistom ci pierwsi mają raczej znikome szanse na sukces. Nie inaczej było tym razem. Mimo wrodzonego talentu i zapału nasi lotnicy w konfrontacji z doskonale wyszkolonymi w walce wręcz komandosami, którzy ponoć samego diabła się nie bali mieli niewiele do powiedzenia.
Starcie zapewne skończyłoby się bezdyskusyjną klęską Polaków gdyby nie zdarzył się drobny incydent, który odwrócił losy rozstrzygniętego – wydawałoby się – starcia.
Otóż honor polskich skrzydeł uratował jedyny obecny na imprezie mechanik lotniczy. Siedzący z boku sali sierżant, pogrążony we własnych myślach, niespiesznie sączył piwo i zupełnie nie zwracał uwagi na toczącą się wokół niego rozróbę.
Tak było do momentu, w którym tłum nacierających komandosów i wycofujących się lotników obalił sierżanta na ziemię, przewrócił stolik, przy którym siedział i rozbił kufel z jego piwem. Sierżant być może darowałby sponiewieranie własnej osoby i przewrócony stolik, ale rozlanie piwa to było stanowczo zbyt wiele.
„Podniósł się, potoczył dookoła nagle oprzytomniałym wzrokiem i z okrzykiem „Polonezy, do broni!!!” doskoczył do ściany, zerwał z niej siedemnastowieczną szablę i ruszył do boju”.
Za jego przykładem poszli pozostali lotnicy i wkrótce komandosi, którzy zwycięstwo mieli już praktycznie w kieszeni, kłóci, płazowani i szturchani, rozpoczęli taktyczny odwrót, którzy szybko zmienił się w chaotyczną ucieczkę.
Dla komandosów nie był to koniec nieszczęść. Dowódca ukarał ich zakazem opuszczania koszar. Bynajmniej nie z powodu ich udziału w bójce, ale za to, że dali się pokonać „zwykłemu” wojsku, w dodatku mniej licznemu.
W taki oto sposób elita brytyjskiej armii przekonała się na własne skórze, że nie należy wylewać piwa strudzonemu (i spragnionemu) polskiemu mechanikowi lotniczemu.

Bibliografia:
B. Arct, Lotnicy bez skrzydeł, Warszawa 1972
B. Arct, Powietrze pełne śmiechu, Łódź 1973

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Komentarze z Blox:
2012/09/12 22:30:46
Ta pierwsza historia o marynarzach i wysokim sądzie, który sam zapłacił grzywnę to jest z Janusz Meissnera, „Żądło Genowefy” lub „L jak Lucy”
2012/09/12 22:38:46
Zgadza się, historia pochodzi z „L jak Lucy”, ale ja to przeczytałem u Arcta, który oczywiście wskazał, że historię opisuje za Meissnerem. Przy pisaniu tego tekstu korzystałem tylko z tych dwóch pozycji, które podałem w bibliografii.
2012/09/13 18:59:44
Rozumiem. Mnóstwo u Meissnera jest takich soczystych anegdot. Pozdrawiam
2012/09/14 21:52:04
„Gwardziści imponowali doskonałą kondycją fizyczną i wysokim wzrostem, którym przewyższali większość polskich lotników obecnych na imprezie.”
W to uwierzę, do myśliwców raczej nie brano olbrzymów a i tak mieli (to już Anglicy) problemy ze zmieszczeniem się do pierwszych Spitfire Mk. I.
Gość: arti, 64.211.120.23*
2012/10/08 09:32:32
Irlandczycy za niehonorowe sięgnięcie po broń w czasie walki wręcz zostali zbesztani, a Polacy? Bo jakoś nie doczytałem….
 
2012/10/08 15:59:03
Posłużę się cytatem z Wykopu: „Niby masz rację, ale zauważ subtelne różnice ;-)
Po pierwsze szable i topory to jednak nie broń palna. Po drugie to nie był sportowy pojedynek pięściarski, gdzie obowiązuje bokserski regulamin, tylko knajpiana burda, w której walczono przy użyciu butelek, kufli, krzeseł, taboretów i stolików itp. Można powiedzieć, że nasi dziadkowie tylko kreatywnie poszerzyli zakres dostępnych rekwizytów ;-)
Poza tym nie wnosili ich potajemnie za pazuchą, tylko skorzystali z tego co było dostępne na „polu bitwy” i czego obie strony mogły jednakowo użyć ;-)))” 
2012/11/09 09:45:30

Chcę Ci powiedzieć, że Cię lubię. Tak bardzo, że dzielę się z Tobą nagrodą, którą dostałem. Za dobrą robotę! Szczegóły tu: ojciecwwwirgiliusz.blox.pl/2012/11/He-he

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.