Maskotka


Podczas II wojny światowej ze Stanów Zjednoczonych do Afryki i na Bliski Wschód płynął nieprzerwany strumień samolotów myśliwskich. Nowiutkie maszyny wyprodukowane w amerykańskich fabrykach pokonywały transatlantycki szlak na własnych skrzydłach. Transport drogą morską, byłby co prawda nieporównywalnie tańszy, ale trwałby o wiele dłużej i w przypadku storpedowania statku przez U-bota oznaczał jednorazową utratę kilkudziesięciu samolotów. W ten sposób, na polowych lotniskach w Afryce, najpierw lądowały solidne P-40 Tomahawk, a później słynne „Dzbanki”, czyli olbrzymie P-47 Thunderbolt i obok nich smukłe P-51 Mustang.
Samoloty startowały z amerykańskich lotnisk objuczone dodatkowymi zbiornikami paliwa, a w Afryce lądowały na oparach. Piloci po krótkim odpoczynku wsiadali do czterosilnikowego B-24 Liberator, na pokładzie którego, ściśnięci jak śledzie, wracali z powrotem do USA, po kolejne myśliwce, które trzeba było przeprowadzić nad oceanem. Wśród rzeszy doświadczonych pilotów wykonujących tę niewdzięczną, bo pozbawioną jakichkolwiek splendorów służbę, znajdowało się sporo Polaków. Ponieważ przyprowadzane z Ameryki samoloty lądowały zawsze na tych samych lotniskach piloci doskonale znali obsługujący je personel, w towarzystwie którego często odpoczywali przed powrotnym lotem. Wśród wielu lotnisk rozsianych na afrykańskim lądzie jedno wyróżniało się dosyć nietypową maskotką, którą stanowił młody, ale całkiem już duży lew. Przygarnięty, jako młode osierocone lwiątko, dorastał wśród ludzi, skutkiem czego był całkiem oswojony, niczym duży kot. Mimo to piloci lądujący w przyprowadzonych z Ameryki samolotach mieli w zwyczaju żartobliwie pytać obsługę lotniska – Jak tam wasz kotek – jeszcze nie zjadł któregoś z was? Lew przez cały dzień przebywał na lotnisku, włócząc się pomiędzy stojącymi samolotami, albo leniwie wygrzewając w słońcu. Jako etatowa maskotka był rozpieszczany zarówno przez personel lotniska, jak i przez przybywających pilotów. Wszyscy regularnie dokarmiali go mięsem, słodyczami, owocami i czym tylko mogli. Po zmroku w wielkim kocie prawdopodobniej budził się pierwotny instynkt odziedziczony po przodkach, bowiem znikał w sąsiadującym z lotniskiem buszu, z którego wracał dopiero nad ranem. Pewnego dnia na tym właśnie lotnisku lądowała kolejna grupa nowiutkich Mustangów, z których jeden był pilotowany przez polskiego pilota. Maszyny, podchodziły do lądowania pojedynczo, jedna za drugą. W końcu przyszła kolej naszego rodaka. Zredukował obroty silnika, otworzył klapy, wysunął podwozie i gdy prędkość samolotu była już minimalna, a koła prawie dotykały ziemi, nagle z kępy roślin rosnących tuż przy pasie startowym, wyskoczył lew. „To, co uczynił pilot, było równie piękne co nierozważne – ratując maskotkę naraził siebie i maszynę na rozbicie – silnik zawył na maksymalnych obrotach, maszyna zatańczyła poderwana gwałtownie do góry, potem wyrżnęła podwoziem o ziemię, aż jęknęło – jednym słowem odstawił lądowanie, jakiego nie znają nawet lotniska szkolne, które niejedno już przeżyły”. Pilot, co w tym fachu nie było rzeczą wyjątkową, był niezwykle opanowanym człowiekiem, ale widok, który ujrzał po opuszczeniu kabiny samolotu, spowodował, że cały jego spokój i opanowanie wyparowały w jednej chwili. Przed momentem o mało co nie rozbił samolotu o skręceniu karku nie wspominając, tymczasem sprawca całego zamieszania beztrosko wylegiwał się w cieniu skrzydła samolotu. Tego było za wiele. W nagłym przypływie niepohamowanej złości, pilot doskoczył do króla zwierząt i z rozpędu zasadził w jego arystokratyczny tyłek potężnego kopniaka. Zaskoczony lew podskoczył, podkulił ogon i w te pędy czmychnął w zarośla. Kilka minut później, całkiem już spokojny pilot, popijał gorącą herbatę siedząc w towarzystwie swoich kolegów z obsługi lotniska. – Musicie pilnować swojego „kotka” kiedy lądują samoloty, bo inaczej dojdzie kiedyś do tragedii. Dzisiaj gdy wpakował mi się wprost pod koła o mało nie rozbiłem maszyny. – Ale o czym ty mówisz? – No o maskotce, o tym waszym lwie. – Człowieku, przecież my siedzimy tu od kilku godzin, a lew przez cały ten czas był z nami i nigdzie się stąd nie ruszał! To nie był ten sam lew…

Bibliografia:
A. Mroczek, H. Żwirko, Samolot w sosie własnym, Warszawa 1967

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Komentarze z Blox:
2012/08/13 23:18:22
Ha, ha, niezłe :))))
To pilot miał podwójne szczęście, a nawet potrójne: nie zginął przy manewrze, nie pożarł go lew i … nie zszedł na zawał, jak się dowiedział prawdy :))
2012/08/14 20:43:29
Mnie tam jest żal biednego lwa – ten to się musiał dopiero zestresować, jak poczuł lotniczego buta lądującego na swoim zadku… ;-) 
Gość: slowo, 217.8.187.17*
2013/04/02 00:46:20
Hahaha :) świetna historia. Gdybyśmy mieli wiecej takich pilotów,
katastrofa smoleńska byłaby fikcją.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.