Załoga samobójców

Ponieważ wakacyjno-urlopowy okres nie nastraja do pisania poważnych i długich elaboratów, jak również nie sprzyja ich czytaniu, postanowiłem zainaugurować nowy cykl pod hasłem „żołnierskie opowieści”. Moimi wpisami, oprócz opowiedzenia konkretnych historii, chcę również przypomnieć kilka wartościowych – moim zdaniem książek, w których ciekawi ludzie, wspominają „ciekawe” czasy. Myślę, że warto je odkurzyć i ściągnąć z bibliotecznej półki, bo niestety większość z nich nie może się doczekać kolejnego wydania. Mam nadzieję, że moje nowe wpisy, utrzymane w nieco lżejszej konwencji i z lekkim przymrużeniem oka, przypadną moim stałym czytelnikom do gustu :)
cookie bomb ze specjalną dedykacją w drodze do samolotu
Władysław Kisielewski we wrześniu 1939 roku, podobnie jak wielu naszych rodaków, przekroczył polsko-rumuńską granicę i po licznych perypetiach, przez Francję, dotarł do Anglii. Jak większość „Turystów Sikorskiego”, chciał walczyć w pierwszej linii, ale jego marzenia przez długi czas nie mogły się ziścić, ponieważ uznano, że bardziej przydatny będzie w roli dziennikarza i korespondenta wojennego.
Kisielewski karnie podporządkował się rozkazowi i regularnie pisywał do gazet i czasopism dla polskich żołnierzy, ale jednocześnie cały czas starał się o przeniesienie do jednostki bojowej. Tak długo nachodził i „molestował” swoimi prośbami lokatorów słynnego „Rubensa”, aż w końcu dopiął swego i dostał upragniony przydział do dywizjonu bombowego.
Samobójcy! 

Kiedy stawił się u dowódcy jednostki usłyszał, że uzupełni skład załogi zwanej przez wszystkich „załogą samobójców”. Ponieważ brzmiało to co najmniej niepokojąco, Kisielewski spytał uprzejmie, skąd się wzięła taka oryginalna nazwa. Wyjaśniono mu, iż bywa czasami tak, że któryś z członków załogi bombowca idzie sobie na zasłużony urlop, a kiedy wraca do jednostki, dowiaduje się, że został sam, bo koledzy, którzy pod jego nieobecność latali z jego zastępcą, nie wrócili z kolejnej wyprawy. Kiedy takich niedobitków zbierze się kilku, kompletuje się z nich nową załogę. W taki oto właśnie sposób powstała również „załoga samobójców”, która swoją oryginalną nazwę i nieśmiertelną sławę zyskała już podczas pierwszego lotu na bombardowanie Berlina.
Kiedy samolot był już na odpowiedniej wysokości i ustalonym kursem zmierzał nad cel, pilot chcąc uruchomić, któryś z przyrządów pokładowych, przez pomyłkę włączył światła kierunkowe. Ponieważ lot odbywał się zimą i warstwa szronu pokrywającego szyby, uniemożliwiała dojrzenie czegokolwiek na zewnątrz, „samobójcy” zmierzali w kierunku Berlina zupełnie nieświadomi tego, że ich samolot widać z daleka, niczym latarnię morską. Kiedy wreszcie dotarli nad cel, załogi innych bombowców myśląc, że mają do czynienia z atakującym niemieckim nocnym myśliwcem, natychmiast pozbyły się balastu bomb i w pośpiechu obrały kurs powrotny do domu. Z kolei niemiecka obrona przeciwlotnicza, będąc przekonana, że na niebie widzi bohaterski myśliwiec Luftwaffe, który samotnie rzucił wyzwanie kilkuset brytyjskim bombowcom, wstrzymała ogień. Niemcy zreflektowali się dopiero wtedy, gdy rzekomy nocny myśliwiec zrzucił na ich głowy bomby, które gruntownie zmodyfikowały architekturę jednego z berlińskich dworców kolejowych. Kiedy „samobójcy” szczęśliwie powrócili na macierzyste lotnisko, dowódca dywizjonu przywitał ich słowami:„Samobójcy! Czy wy się nie boicie latać ze sobą?”

Ciasteczko 

Po raz drugi nasi bohaterowie podnieśli poziom adrenaliny załogom innych samolotów oraz napędzili stracha obsłudze lotniska, podczas kołowania przed startem na kolejną nocną wyprawę. W lukach bombowych ich samolotu znajdowała się olbrzymia, „cookie bomb” o charakterystycznym „beczkowatym” kształcie. Jedna z największych bomb używanych przez RAF podczas II wojny światowej, miała niezwykle cienką obudowę, co pozwalało wypełnić ją większą ilością materiału wybuchowego, ale jednocześnie powodowało, że była dużo bardziej wrażliwa na uderzenia. Kiedy bombowiec zmierzał w kierunku pasa startowego, „ciasteczko”, najprawdopodobniej na skutek awarii któregoś z zaczepów, wypadło na ziemię i potoczyło się wprost pod koła podwozia. Nieświadomy niczego pilot najspokojniej w świecie kontynuował kołowanie, pchając kołami samolotu toczącą się bombę.
Zatrzymał się dopiero na linii startu zaintrygowany zachowaniem oficera dyżurnego, który serię sygnałów nawołujących do zatrzymania bombowca, uwieńczył regulaminowym „padnij” wykonanym na płycie lotniska. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że w tym czasie kołowało do startu kilkanaście, obciążonych tonami bomb, samolotów i wyobrazimy sobie skutki eksplodującej pomiędzy nimi bomby, to trudno się dziwić nieco nerwowej reakcji, kierującego ruchem oficera. Szczęśliwie dla wszystkich „ciasteczko” jakimś cudem nie wybuchło. – „Wariaci zawsze mają szczęście”– skwitowali całe wydarzenie koledzy z dywizjonu.

Choroba „morska” 

Niestety każda dobra passa kiedyś się kończy i podobnie było z „załogą samobójców”. Podczas któregoś z nalotów ich samolot został tak poważnie uszkodzony, że nie było szans na dotarcie do angielskiego wybrzeża i pilot musiał wodować w Kanale La Manche. Lądowanie uszkodzonym bombowcem na pełnym morzu i to w dodatku w nocy, do najbezpieczniejszych nie należy, ale pilot wykazując się stalowymi nerwami i perfekcyjnym wyszkoleniem, pewnie posadził maszynę na wodzie. Nikt z załogi nie odniósł żadnych obrażeń i już wkrótce wszyscy siedzieli w ratunkowej dinghy. Perspektywa spędzenia najbliższych godzin, a może nawet dni, w małym gumowym pontonie, nie była zachwycająca, ale „samobójcom” znów dopisało szczęście. Kiedy tylko zaczęło świtać, dostrzegli boję ratunkową, kołyszącą się na falach w pobliżu. Dziesiątki takich boi Anglicy przezornie umieścili wzdłuż własnego wybrzeża. Każda z nich była wyposażona w zapas wody i jedzenia, nadajnik radiowy przy użyciu, którego można było wezwać pomoc oraz regulaminową beczułkę z rumem, którym przemoczeni rozbitkowie mogli rozgrzać swoje zmarznięte członki. Jak łatwo się domyślić, nasi dziarscy lotnicy „procedurę ratunkową” rozpoczęli od wysuszenia zapasów rumu. W następnej kolejności zabrali się za radio. Prawdopodobnie na skutek „rozgrzewającego” działania rumu nadawane przez nich sygnały SOS były tak natarczywe i rozpaczliwe, jakby spędzili na pełnym morzu co najmniej tydzień. Sygnał został wkrótce przechwycony przez brytyjski niszczyciel, który natychmiast ruszył nieszczęśnikom z pomocą. Kiedy lotnicy znaleźli się na jego pokładzie, brytyjscy marynarze od razu podali im rum. Nie było w tym nic nadzwyczajnego, bo w taki sposób traktowano każdego uratowanego rozbitka. Cóż było robić. Sytuacja praktycznie bez wyjścia, bo odmówić przecież nie wypada kiedy gospodarze częstują. Jednak po wychyleniu kilku szklaneczek honorowi lotnicy oświadczyli, że sami pić nie będą i do wzniesienia toastu za wspólne i rychłe zwycięstwo, zaprosili kapitana okrętu. Ten wykazał się nie lada gościnnością, skutkiem czego impreza rozwinęła się na całego. Zanim przyjaźń pomiędzy RAF a Royal Navy, została ugruntowana kolejnymi toastami, kapitan okrętu przekazał na ląd informację o podjęciu z morza zestrzelonych lotników. Kiedy więc niszczyciel dobił do brzegu, na portowym nabrzeżu czekały sanitarki. Pomysł ten okazał się strzałem w dziesiątkę, bowiem wydarzenia ostatnich kilkunastu godzin tak mocno zmęczyły naszych dzielnych lotników, że całkowicie stracili kontakt z rzeczywistością. Jak to się mówi w takich sytuacjach – „światło zgasło i film się urwał”. O samodzielnym zejściu na ląd w ogóle nie było mowy. Sanitariusze, którzy zobaczyli nieprzytomnych rozbitków pomyśleli, że mają do czynienia z przypadkiem skrajnego wyczerpania organizmu, spowodowanego długotrwałym przebywaniem na morzu. Wiedząc, że w takich sytuacjach każda minuta jest na wagę życia, troskliwie zapakowali nieszczęśników na nosze i na pełnym gazie popędzili do szpitala. Fakt, iż wszyscy pasażerowie zionęli oparami rumu w nikim nie wzbudził najmniejszych podejrzeń. Powszechnie bowiem było wiadome, że każdego podjętego z morza rozbitka, częstuje się tym trunkiem „na rozgrzewkę”. Kiedy więc sanitarki dotarły na miejsce, lekarze usłyszeli od sanitariuszy, że pacjenci są w krytycznym stanie, ponieważ podczas jazdy żaden z nich nawet na chwilę nie odzyskał przytomności. Doświadczonych angielskich medyków, którzy już niejedno podczas tej wojny widzieli, bynajmniej to nie zraziło i natychmiast zabrali się za reanimację nieprzytomnych rozbitków. Niestety pomimo wielkiego zaangażowania całego personelu, kolejne próby przywrócenia pacjentom przytomności, spełzły na niczym. Lekarze samokrytycznie przyznali, że najwyraźniej ich wiedza i doświadczenie są niewystarczające i poprosili o konsultację kolegów po fachu z sąsiedniego szpitala. Na wspólnym konsylium uradzono, że jeżeli wszystkie dotychczasowe metody ratowania lotników zawiodły, pozostaje jedyny i ostateczny sposób – nagrzewanie. Wszystkich „umierających” natychmiast wpakowano pod wielkie szklane klosze i przy użyciu specjalnych lamp rozpoczęto ich intensywnie nagrzewać. Na efekt nie trzeba było długo czekać. Jeden po drugim, rozbitkowie dostali torsji i po oddaniu Neptunowi większości wypitego rumu, odzyskali przytomność. Zagadka tajemniczej niedyspozycji dzielnych lotników, której nie mogły zdiagnozować połączone siły dwóch angielskich szpitali, została wyjaśniona…

Posłowie

Wszystkim, którzy na podstawie powyższego tekstu wyciągnęliby pochopne wnioski na temat profesjonalizmu i odpowiedzialności naszych lotników, dedykuję słowa Bohdana Arcta - polskiego pilota myśliwskiego, który m.in. latał w słynnym „Cyrku Skalskiego”: „Należy dorzucić, iż nie zdarzało się bodaj, by jakikolwiek aliancki pilot, Anglik, Czech czy Polak wypił choćby minimalną dawkę alkoholu w czasie służby, przed lotem.”

Inspirację do wpisu znalazłem w:
W. Kisielewski, Od Torunia do Londynu, Warszawa 1958

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Komentarze z Blox:
2012/07/17 00:19:26
Wygląda na to, że”Jak rozpętałałem II Wojnę Światową”, to mały pikuś przy przygodach „Załogi samobójców”. I pomyśleć, że dwa konsylia lekarskie nie rozpoznały upojenia alkoholowego. Może lekarze mieli katar.
:)
2012/07/17 12:02:18
Angielscy medycy zapewne nie znali „wyporności” młodych, zdrowych, polskich organizmów ;-)

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.