Najdłuższa bitwa II wojny światowej

Winston Churchill miał prawo być w złym humorze. Był koniec lipca 1944 roku i armie Aliantów już dawno opuściły plaże Normandii, w pogoni za rozbitymi niemieckimi dywizjami, zbliżając się do stolicy Francji. Wszystko układało się po myśli Sprzymierzonych i brytyjski Premier nie miałby powodów do niepokoju, gdyby nie ostatnie raporty wywiadu i analizy naukowców. Powód bezsennych nocy Premiera miał czternaście metrów długości, ważył trzynaście ton i swoim kształtem przypominał wielkie cygaro. Olbrzymia rakieta Vergeltungswaffe-2 (broń odwetowa Nr 2) potrafiła osiągnąć pułap prawie 90 tys. metrów i prędkość dochodzącą do 5500 km/h, co powodowało, że obrona przeciwlotnicza była wobec niej bezradna. 
Według zapewnień angielskich analityków siła wybuchu tonowej głowicy jaką przenosiła rakieta V-2 zdolna była zrównać z ziemią cały kwartał londyńskiej ulicy. Wkrótce miało się okazać, że szacunki nie były przesadzone i niszczycielska siła najnowszej Wunderwaffe Hitlera przewyższała wszystko czego do tej pory londyńczycy zdążyli doświadczyć podczas tej wojny, włącznie ze znanymi im już bombami latającymi V-1.

Bomba latająca V-1

Pierwsze ostrzeżenie

Niespełna pięć lat wcześniej w październiku 1939 roku brytyjski attache morski kontradmirał Hector Boyes pośród wielu innych przesyłek jakie zwyczajowo dostarczano mu co rano na biurko odnalazł białą grubą kopertę, na której nie było nazwiska i adresu nadawcy.
Jak się okazało koperta zawierała obszerny, napisany w języku niemieckim maszynopis. Boyes początkowo próbował przetłumaczyć tekst samodzielnie posiłkując się słownikiem, ale skomplikowana treść szybko przerosła jego skromną znajomość niemieckiego i wkrótce wezwał tłumacza.
Treść maszynopisu wydała się kontradmirałowi tak niezwykła, że jeszcze tego samego dnia po południu samolot kurierski w specjalnie zabezpieczonym opakowaniu zabrał intrygujące pismo do Londynu, gdzie od razu trafiło do sztabu brytyjskiego wywiadu.
Pierwszy z treścią tajemniczego listu, któremu nadano kryptonim „raport z Oslo”, zapoznał się dr Reginald Victor Jones – osobisty doradca Winstona Churchilla w zakresie techniki wojskowej. Im bardziej dr Jones zagłębiał się w dokumentację jaką zawierał dostarczony mu raport, tym większe było jego zdumienie. Kolejne kartki maszynopisu przedstawiały informacje o pracach jakie Niemcy prowadzili nad najnowszymi rodzajami broni – m.in. nowym typem radaru, radiowym systemem nawigacyjnym, czy zapalnikami zbliżeniowymi, które miały znaleźć zastosowanie w amunicji przeciwlotniczej. Największe zainteresowanie dr Jonesa wzbudziła informacja o tajnym ośrodku w Peenemünde na wyspie Uznam, gdzie według anonimowego informatora prowadzono badania nad całkowicie nową bronią – bombami latającymi i rakietami balistycznymi.
W ocenie Jonesa przesłany raport zawierał bezcenne informacje, które powinny być poddane dalszej weryfikacji i rozpracowaniu wywiadowczemu, a na szczególne zainteresowanie zasługiwał według niego tajemniczy ośrodek w Peenemünde.
Niestety argumenty, które dr Jones zawarł w pisemnym sprawozdaniu nie znalazły uznania u jego zwierzchników. Bezskuteczne okazały się również próby przekonania ich w bezpośredniej rozmowie. 
- To wygląda na ewidentną prowokację niemieckiego wywiadu, drogi przyjacielu – protekcjonalny ton brytyjskiego komandora – kolejnego oficera wywiadu, z którym Jones rozmawiał w tej sprawie, był aż nadto wyraźny. Dla niego – starego wygi z wieloletnim wojskowym stażem, Jones był po prostu naiwnym żółtodziobem, który dał się nabrać na wywiadowcze plewy, a teraz niepotrzebnie zawraca mu głowę. 
- Do tej pory udało mi się ustalić, iż wiedza, którą uzyskaliśmy z innych źródeł, pozwala potwierdzić przynajmniej część informacji zawartych w raporcie. Czy to nie wystarczający powód, aby całość potraktować poważnie? 
- Dał się Pan nabrać na najstarszy trik wywiadu. Informacje prawdziwe, które przeciwnik łatwo może sprawdzić, dla stworzenia pozorów autentyczności, mieszane są z fałszywkami. Czytał Pan dokładnie cały raport? 
- Oczywiście, że tak, wielokrotnie – Jones nie dał się sprowokować.

- I uważa Pan, że możliwe jest aby jeden człowiek dysponował dostępem do tak obszernych i różnorodnych informacji i jednocześnie posiadał wiedzę techniczną na poziomie, który pozwalałaby napisać fachowe opracowanie? Poza tym, czy ktoś dysponujący informacjami wartymi miliony funtów, oddaje je za darmo? W wywiadzie takie cuda się nie zdarzają doktorze Jones.
W ten sposób bezcenne informacje trafiły do archiwum – pierwsze ostrzeżenie przed latającymi bombami i rakietami dalekiego zasięgu zostało całkowicie zlekceważone, a do całej sprawy powrócono dopiero po trzech latach.
Ciekawostkę może stanowić fakt, iż nadawca tajemniczej przesyłki pozostał anonimowy jeszcze przez kilkadziesiąt lat po wojnie. Osobę tajemniczego autora listu próbowali bezskutecznie ustalić kolejni historycy zajmujący się tą sprawą. Typowano między innymi dr inż. Hansa Heinricha Kummerowa – niemieckiego antyfaszystę współpracującego ze słynną „Die rote Kappele”, ale hipotezy tej nie można było w żaden sposób zweryfikować ponieważ Kummerownie przeżył wojny – wraz z całą rodziną został zamordowany przez Gestapo. Dopiero w 1989r. ukazała się książka niemieckiego fizyka Hansa Ferdinanda Meyera, w której przyznał się do napisania „raportu z Oslo” i ujawnił wszystkie okoliczności jego powstania. Meyer szczęśliwie przeżył pobyt w obozie w Dachau, w którym w 1943r. osadzono go za jego antyfaszystowskie przekonania i zmarł dopiero w 1980 roku dożywszy sędziwego wieku 85 lat. Meyer spisał swoje wspomnienia, ale z nieznanych powodów zastrzegł, że mogą być opublikowane dopiero po śmierci jego oraz jego żony.

Polski wywiad wchodzi do gry

Dr Jones co prawda zrezygnował z kolejnych prób przekonania swoich zwierzchników, ale nie zapomniał o całej sprawie i czekał cierpliwie na jakikolwiek nowy impuls, który pozwoliłby mu powrócić do tematu wywołanego „raportem z Oslo”. Takim impulsem miały się okazać raporty wywiadu ZWZ-AK, które zawierały informacje o niemieckim poligonie doświadczalnym w Peenemünde.
W przeciwieństwie do Brytyjczyków, których siatka szpiegowska w Niemczech już w pierwszych miesiącach wojny została całkowicie zlikwidowana, wywiad ZWZ-AK posiadał doskonałe rozeznanie wywiadowcze o tym co się dzieje w Rzeszy i w krajach okupowanych. Poza całkowitym oddaniem sprawie i doskonałymi kwalifikacjami osób zaangażowanych w pracę wywiadowczą, o skuteczności polskiego wywiadu decydowała liczba osób, które mogły być potencjalnymi informatorami. Mowa tu o przymusowych robotnikach pracujących w niemieckim przemyśle. Ci, którzy zdecydowali się dobrowolnie na wyjazd do Rzeszy mieli możliwość wyboru miejsca pracy, co dawało doskonałą możliwość umieszczenia przeszkolonych wywiadowców w miejscach, którymi interesował się polski wywiad. Dlatego oprócz całkiem przypadkowych przymusowych robotników, którzy przekazując informacje, często nie byli świadomi ich wagi i znaczenia, na terenie Rzeszy udawało się umieścić ludzi przeszkolonych, nierzadko z technicznym wykształceniem, którzy doskonale wiedzieli czego szukać i na co zwrócić uwagę. Legalne papiery i charakter wykonywanej pracy, często dawały im dostęp do miejsc i informacji o strategicznym znaczeniu.
W ten właśnie sposób na Pomorze wysłano inż. Jana Szredera pseudonim „Furman”, który otrzymał zadanie rozpoznania obiektów wojskowych w tym rejonie. „Furman” został zatrudniony w Świnoujściu w charakterze woźnicy w jednostce, która dostarczała żywność do Peenemünde, dzięki czemu mógł swobodnie poruszać się w bezpośredniej okolicy tajnego ośrodka.
Drugim, jeszcze cenniejszym źródłem informacji o tym co dzieje się w Peenemünde okazał się Roman Träger – Niemiec urodzony w Bydgoszczy, który za namową swojego ojca, również zaangażowanego w konspirację, zdecydował się współpracować z wywiadem AK.  
Träger jako żołnierz Wermachtu służył w Peenemünde gdzie zajmował się obsługą urządzeń łączności i miał dostęp do informacji, jakich nie był w stanie zdobyć, nie mający wstępu na teren ośrodka, „Furman”.
Raporty wywiadowcze z Rzeszy i całej okupowanej Europy trafiały do Biura Studiów Gospodarczych II Oddziału Komendy Głównej ZWZ-AK, gdzie poddawano je weryfikacji i analizie. W ten sposób często na podstawie wielu pozornie nie związanych ze sobą informacji powstawały szczegółowe raporty poparte dokładnymi analizami, które przesyłano do Londynu. Pierwszy szef Biura, inż. Jerzy Chmielewski zwerbował do pracy wybitnych naukowców i specjalistów z różnych dziedzin, których znał jeszcze sprzed wojny. Wśród nich był słynny przedwojenny konstruktor lotniczy inż. Antoni Kocjan. Szybowce, których był twórcą uznawano za najlepsze na świecie, a z rozwiązań konstrukcyjnych jego autorstwa korzystano jeszcze długo po zakończeniu wojny.
Odręczne szkice i zapiski wykonane przez Romana Trägera, trafiły właśnie do inż. Kocjana, który przeniósł je na mapy sztabowe, wykonując w ten sposób szczegółowy plan ośrodka w Peenemünde. Meldunek wywiadowczy, który oprócz planów zawierał szczegółowe analizy dokonane przez polskich specjalistów, niezwłocznie przesłano do Londynu.
Meldunki wywiadowcze przesyłano na dwa sposoby. Najpierw zaszyfrowana wiadomość trafiała drogą radiową do polskiej placówki w Londynie. Zaletą tej formy przesyłania informacji była szybkość, ale miała ona poważne ograniczenia polegające na tym, iż w ten sposób nie można było przesłać map, planów, czy zdjęć, które często były najważniejszym elementem meldunku. Dlatego równolegle meldunki wywiadowcze przesyłano za pośrednictwem kurierów, którzy w formie maksymalnie zminiaturyzowanych mikrofilmów przewozili je przemierzając niemal całą okupowaną Europę.
Oprócz oczywistego niebezpieczeństwa jakie groziło kurierowi na całej trasie, innym poważnym mankamentem, którego nie można było wyeliminować, był czas potrzebny na przewiezienie raportu. W zależności od okoliczności, meldunek wysłany przez kuriera, docierał do Londynu w terminie od dwóch tygodni do nawet kilku miesięcy. Aby zwiększyć pewność dostarczenia meldunku, wykonywano dwie kopie i różnymi szlakami wysyłano dwóch kurierów.
Kiedy w drugiej połowie 1942 roku polska radiostacja w Londynie odebrała meldunek dotyczący Peenemünde, natychmiast zaalarmowano przedstawicieli wszystkich służb wywiadowczych. Niestety jedynymi, którzy dostrzegli wartość meldunku byli Polacy. Brytyjczycy, którzy polskie raporty wywiadowcze zawsze uznawali za wysoce wiarygodne, tym razem informacje, które dostali od swoich sojuszników, zlekceważyli.
Przekonały ich dopiero następne raporty otrzymywane z Warszawy w kolejnych miesiącach, które zaczęto kojarzyć z informacjami przychodzącymi z innych źródeł. Ustalono m.in. że ośrodek w Peenemünde dostaje przydziały bardzo dużych ilości paliwa, a duńscy i norwescy rybacy donosili o dziwnych obiektach latających, przypominających miniaturowe samoloty bez pilota, które spadały do morza. Sprawę wreszcie potraktowano z powagą na jaką od samego początku zasługiwała.
Nad Peenemünde zaczęto wysyłać kolejne samoloty zwiadowcze. Analiza lotniczych zdjęć w połączeniu z informacjami wywiadu, co prawda przekonały Brytyjczyków do tego, że na wyspie znajduje się poligon doświadczalny, na którym testuje się coś w rodzaju „latających torped”, jak pierwotnie nazwano latające bomby V-1, ale w dalszym ciągu uważano, że brak jest wystarczających dowodów, aby stwierdzić, że Niemcy pracują nad konstrukcją rakiety balistycznej. Tak, czy inaczej uznano, że należy przeprowadzić atak w celu zniszczenia tajemniczego ośrodka. W dniu 29 czerwca 1943 roku na posiedzeniu brytyjskiego Komitetu Obrony podjęto decyzję o przeprowadzeniu zmasowanego nocnego nalotu, przy użyciu ciężkich bombowców, na wyspę Uznam. Na Peenemünde zapadł wyrok.

Część II

Gdzie jest rakieta?
W środowe popołudnie 18 sierpnia 1943 roku w Warszawie przy ul. Suchej inż. Kocjan wraz z dr Ireną Pronaszko-Rzepecką – właścicielką mieszkania służącego jako miejsce konspiracyjnych spotkań i odpraw, siedzieli wsłuchani w dźwięk miniaturowego radioodbiornika, który ukrywano w mieszkaniu. W okupowanej Warszawie posiadanie radia, które zapewniało dostęp do niecenzurowanych informacji było śmiertelnie niebezpiecznym luksusem, który można było przypłacić życiem, lub w najlepszym przypadku obozem koncentracyjnym. 
Właśnie BBC nadawała audycję w języku polskim, którą rozpoczęto od informacji: „Dziś w nocy sześćset bombowców RAF dokonało ciężkiego nalotu na Peenemünde, miejscowość położoną…” 
- No nareszcie! – Kocjan, który znany był ze swojej powściągliwości w okazywaniu jakichkolwiek uczuć, tym razem był wyraźnie poruszony. „Siedział nieruchomo z pobladłą twarzą, a jego oczy błyszczały jak u wilka. Pierwszy i ostatni raz widziałam go w takim stanie” – Opowie później Pani Irena – „Spojrzałam nań zaskoczona, bo nie wiedziałam jeszcze, dlaczego wiadomość o bombardowaniu nieznanej mi zupełnie miejscowości tak bardzo go poruszyła”.
rakieta V-2

Jeden z największych nalotów II wojny światowej przeprowadzono w nocy z 17 na 18 sierpnia 1943 roku. Uczestniczyło w nim 596 ciężkich, czterosilnikowych bombowców RAF.
Aby Niemcy do ostatniej chwili nie domyślili się, że celem nalotu jest Peenemünde, atak poprzedzono kilkoma kolejnymi nalotami na Berlin. Samoloty w drodze nad Berlin za każdym razem przelatywały nad wyspą Uznam, wzniecając alarm i zmuszając niemieckich naukowców do ewakuacji pod bezpieczny strop schronu. Nadlatujące samoloty, na których początkowo obrona przeciwlotnicza Peenemünde, skupiała maksymalną uwagę, wkrótce oprócz irytacji wyrwanych z łóżek Niemców, nie wzbudzały żadnych podejrzeń. I o to właśnie dowódcom RAF chodziło.
W dniu nalotu, nad Berlin wysłano eskadrę 8 bombowców „Mosquito”, które w momencie kiedy wleciały nad kontynent, już nad Danią, zaczęły zrzucać paski aluminiowej folii, wyglądające na niemieckich radarach, jak setki nadlatujących samolotów. Na spotkanie brytyjskich „bombowców” Niemcy wysłali wszystkie dostępne myśliwce – w sumie ok. 200 maszyn, które wkrótce bezradnie krążyły nad Berlinem, w poszukiwaniu nieistniejącego wroga, podczas gdy na Peenemünde spadały tony bomb. Kilkanaście niemieckich myśliwców, które z wysokości kilku kilometrów dostrzegły w okolicach Peenemünde rozbłyski bombardowania, zlekceważyło rozkaz i odleciało znad Berlina kierując się nad bałtyckie wybrzeże. Niemieccy piloci zdołali zestrzelić 40 brytyjskich bombowców, co najlepiej uświadamia, jaką katastrofą mógłby się zakończyć nalot, gdyby Brytyjczykom nie udało się zmylić niemieckiej obrony przeciwlotniczej co do celu ataku.
Wiadomość o nalocie wprawiła Hitlera w furię. Kozła ofiarnego znaleziono w osobie szefa sztabu Luftwaffe gen. Jeschonnka, który dzień po nalocie popełnił samobójstwo. Takiej okazji nie omieszkała wykorzystać prasa podziemna w okupowanej Warszawie. W konspiracyjnym piśmie „Demokrata” ukazała się fraszka, której autorem był Stanisław Kowalski pseudonim „Lapis”, idealnie oddająca klimat warszawskiej ulicy i okupacyjny humor.
„Wrzesień idzie. Wnet chłody zwarzą letnie pąki.
A tu Führer jak na złość został bez… jeschonki.”
Zbombardowanie Peenemünde było punktem zwrotnym „bitwy o rakiety”. Po pierwsze opóźniło bojowe użycie rakiet V-2 – według różnych szacunków – od miesiąca do ok. pół roku. Po drugie skłoniło Niemców do przeniesienia produkcji i ośrodka doświadczalnego w miejsca pozostające poza zasięgiem alianckich bombowców.
Produkcję rakiet zlokalizowano w górach Harcu w Turyngii, gdzie kosztem życia tysięcy więźniów obozów koncentracyjnych, wydrążono gigantyczne sztolnie służące jako hale produkcyjne.
Z kolei ośrodek doświadczalny przeniesiono do Polski, w okolice Mielca gdzie znajdował się poligon SS Pustków-Blizna (niem. Heidelager-Blizna).Tymczasem w Londynie nadal panowała nerwowa niepewność. Euforia, jaka zapanowała bezpośrednio po bombardowaniu, nie zmąciła czujności brytyjskich analityków. Wiedzieli oni, że pomimo niezaprzeczalnego sukcesu jakim było częściowe zniszczenie ośrodka w Peenemünde, ich pojęcie na temat broni, która była tam testowana i produkowana, nadal jest bardzo mgliste. Szczegóły techniczne takie jak zasięg, prędkość, czy przede wszystkim siła rażenia, nadal pozostawały zagadką. Przeniesienie ośrodka doświadczalnego na terytorium okupowane Polski, nie uszło uwadze polskiego wywiadu, który bardzo szybko rozpoczął rozpoznanie i już wkrótce do Londynu zaczęły napływać raporty informujące o dziwnej aktywności w okolicy, w której do tej pory nie działo się nic nadzwyczajnego. Jeszcze w sierpniu 1943 roku teren poligonu otoczono podwójnym ogrodzeniem z drutu kolczastego, a z okolicy wysiedlono wszystkich mieszkańców. Do Blizny zaczęły przychodzić transporty z nietypowym ładunkiem. Drogę prowadzącą do poligonu wybetonowano i rozpoczęto budowę bocznicy kolejowej, a na terenie poligonu zaczęły powstawać nowe budynki. Tempo prac było imponujące, bo już w listopadzie 1943 roku rozpoczęto testy rakiet.
Nowa technologia była niedopracowana i rakiety często eksplodowały w powietrzu, a ich szczątki spadały w trudno dostępnych miejscach. Niemcy zawsze wysyłali specjalną ekipę, która miała za zadanie wyzbierać resztki rakiety, ale żołnierzom AK bardzo często zdarzało się ich ubiec. Oprócz całkowicie zniszczonych resztek rakiety zdarzało się odnaleźć prawie całkiem nienaruszone fragmenty, które natychmiast wysyłano do Warszawy, gdzie poddawano je wnikliwym badaniom. Raporty sporządzane przez polskich naukowców trafiały do Londynu. Niestety analiza pojedynczych, nieuszkodzonych części nie pozwalała na rekonstrukcję całej rakiety i poznanie wszystkich szczegółów technicznych tajemniczej broni. Potrzebna była cała, nieuszkodzona rakieta. W Londynie uświadomiono sobie, że tylko zbadanie całej, nieuszkodzonej rakiety, pozwoli poznać jej tajemnice i opracować skuteczne metody jej zwalczania, tak jak to miało miejsce w przypadku bomb V-1.
Pomysł kradzieży rakiety bezpośrednio z najpilniej strzeżonego niemieckiego poligonu nawet nie wchodził w grę. Równie dobrze można było się pokusić o próbę wyniesienia ulubionego biurka Adolfa Hitlera z jego kwatery w Wilczym Szańcu.
Postanowiono zatem, że rakieta zostanie zdobyta podczas jej transportu koleją. Kiedy plan zdobycia rakiety był już dopięty na ostatni guzik i oddziały Kedywu czekały tylko na rozkaz do ataku, wydarzyło się coś, co całkowicie zmieniło sytuację. W Sarnakach nad brzegiem Bugu spadła kompletna rakieta V-2, która nie eksplodowała! Znajdujący się na miejscu żołnierze AK zdążyli ją zamaskować, tak, że Niemcy nie zdołali jej odnaleźć. Następnego dnia przybył na miejsce inż. Kocjan wraz z grupą naukowców. Rakietę sfotografowano, zmierzono i wymontowano z niej najważniejsze części, które zostały zabrane do Warszawy. Tam zdemontowane elementy poddano dokładnym badaniom, a ich wyniki wraz z analizą i wnioskami przesłano do Londynu. Anglicy byli tak zaskoczeni tym co otrzymali, że wiele opinii i wniosków zawartych w przesłanym z Warszawy raporcie wydało im się nieprawdopodobnych. Jedynym sposobem ich weryfikacji było dostarczenie części rakiety do Anglii.

Most III
Operacji przetransportowania elementów rakiety nadano kryptonim „Most III”. Osobą, która miała osobiście zawieźć cenną zdobycz do Londynu był inż. Jerzy Chmielewski, którego po rocznym pobycie w Oświęcimiu udało się uratować, dzięki łapówce jaką AK wpłaciła za pośrednictwem jego rodziny.
Akcja miała wyjątkowo dramatyczny przebieg. Samolot transportowy C-47 Dakota, który miał zabrać Chmielewskiego wiozącego worek z częściami rakiety oraz cztery inne osoby, wystartował z Brindisi we Włoszech. Jako miejsce lądowania wybrano, prowizoryczne lądowisko w pobliżu Tarnowa. Kiedy samolot wylądował w nocy z 25 na 26 lipca 1944 roku wszystko przebiegało zgodnie z planem do momentu, w którym pilot próbował wystartować. Okazało się wówczas, że samolot nie chce ruszyć z miejsca. Początkowo myślano, że to wina zablokowanych hamulców, więc przecięto przewody z płynem hamulcowym, dopiero później jeden z żołnierzy AK osłaniających całą akcję, zauważył, że koła podwozia ugrzęzły w rozmiękłym od deszczu gruncie. Koła odkopano, podłożono gałęzie i wreszcie samolot, z ponad godzinnym opóźnieniem, szczęśliwie oderwał się od ziemi. W powietrzu okazało się, że nie można schować podwozia, ponieważ uniemożliwiają to przecięte przewody hydrauliczne, z których wyciekł płyn… Samolot z wysuniętym podwoziem leciał wolniej, co mogło spowodować, iż część dystansu będzie musiał pokonać w świetle dnia. Dla załogi i pasażerów znajdujących się na pokładzie nieuzbrojonej Dakoty oznaczało to śmiertelne niebezpieczeństwo. Szczęśliwie katastrofie zdołano zapobiec, wlewając do instalacji hydraulicznej wodę. O wschodzie słońca, samolot z bezcennym ładunkiem na pokładzie wylądował w Brindisi – na tym samym lotnisku, z którego wkrótce miały startować samoloty z pomocą walczącej Warszawie.

Dziwna gra Anglików
W momencie kiedy koła Dakoty oderwały się od ziemi, na pokładzie samolotu zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Zaraz po starcie inż. Chmielewski, który miał wyraźny rozkaz, aby worek z częściami rakiety V-2 przekazać polskim oficerom wywiadu, którzy podadzą umówione hasło, został poproszony o oddanie cennej przesyłki. Kiedy kategorycznie odmówił, po jakimś czasie załoga Dakoty ogłosiła, że prawdopodobnie trzeba będzie awaryjnie opuścić samolot używając spadochronów, w związku z czym ponownie proszą o oddanie worka z częściami V-2. Chmielewski po raz drugi oświadczył, iż ma rozkaz nie rozstawać się z przesyłką i jeśli zajdzie konieczność skoku ze spadochronem, to on będzie skakał razem z nią. Dano mu spokój, aż do momentu przybycia do Londynu, gdzie prosto z lotniska został zabrany do willi pod miastem, gdzie tym razem próbowano zabrać mu przesyłkę siłą. Przyparty do muru Chmielewski nie stracił zimnej krwi, tłumacząc angielskim oficerom, że posiadanie samych części do rakiety nic im nie da, bo on jest jedyną osobą, która zna szczegóły techniczne, niezbędne do rozpracowania niemieckiej broni. Dopiero po tym Anglicy odpuścili i odwieźli go do Londynu, gdzie wreszcie mógł skontaktować się z polskimi oficerami. Dziwne zachowanie, bądź co bądź, jeszcze sojuszników, mogą wyjaśnić słowa jakie tuż przed odlotem inż. Chmielewski usłyszał od ówczesnego szefa wywiadu AK, Kazimierza Iranka-Osmeckiego.
„W Londynie możecie natknąć się na wiele nieoczekiwanych rzeczy. Nie powinny one być dla was zaskoczeniem i dlatego muszę się moimi podejrzeniami z wami podzielić. (…) Są tendencje by nasz wkład w wysiłek wojenny pomniejszać. Odkrycie przez AK niewątpliwie największej technicznej tajemnicy niemieckiej, dostarczenie jej szczegółów samolotem z okupowanego kraju do Londynu jeszcze przed użyciem jej na polu walki, będzie wyczynem nie byle jakim. Niemcy zapowiadają, że broń ta przyniesie im zwycięstwo. Jeśli worek „skorup”, które wieziecie, miałby ich tego pozbawić, to przecież znajdą się siły, którym zależy na tym, by tego nie zapisać na koncie Polski. Wczesne (…) zabranie wam „skorup” może ułatwić stworzenie pozorów, że były one bezwartościowe”.
Inż. Chmielewski już nie wrócił do Polski. Od Brytyjczyków, którzy jak się później okazało, liczyli na jego współpracę, dostał znaczną nagrodę pieniężną i domek na przedmieściach Londynu. Któregoś dnia odwiedził go tajemniczy gość i zaproponował pracę dla brytyjskiego wywiadu. Chmielewski odmówił, tłumacząc, że w czasie wojny pracował w wywiadzie wyłącznie dla swojego ojczystego kraju i nigdy nie zostanie zawodowym szpiegiem. Tuż po tej wizycie do Chmielewskiego oddano kilka strzałów przez okienko łazienki, w której właśnie się kąpał. „Nieznanych sprawców” oczywiście nigdy nie złapano, a przyczyna tajemniczego zamachu pozostała zagadką. Chmielewski zrozumiał, że nie jest bezpieczny na Wyspach i postanowił wyjechać do Brazylii, nie czekając na koniec wojny.
Decyzja Chmielewskiego spowodowała nieoczekiwany problem biurokratyczny. Otóż nie miał on żadnych dokumentów, na podstawie, których mógłby wyjechać za ocean. Do Londynu przybył jako Rafał Meduniecki, natomiast do Brazylii, gdzie dobrze go znano jeszcze sprzed wojny, mógł się udać tylko pod swoim prawdziwym nazwiskiem. Według relacji Jadwigi Chmielewskiej – żony Jerzego Chmielewskiego, Anglicy stwierdzili, że najprościej będzie jak „uśmiercą” Rafała Medunieckiego. Aby zadośćuczynić wszystkim formalnościom, pewnego wieczora, kiedy z londyńskiego biura Scotland Yardu wyszedł już ostatni pracownik, weszła do niego ekipa „grabarzy”, wraz z „nieboszczykiem”, który był o tyle nietypowy, że wszedł na własnych nogach i był w całkiem dobrej formie. W jednym z pokoi zestawiono dwa biurka, na których ułożono „Rafała Medunieckiego”, a na czterech rogach ustawiono butelki whisky, pełniące rolę gromnic. Jeden z „grabarzy” – jak się okazało lekarz, wypisał całkiem oficjalny akt zgonu, po czym przystąpiono do nieoficjalnej już stypy, wypróżniając wszystkie cztery „gromnice”. Rafał Meduniecki, formalnie „zmarł” więc nie było przeszkód, aby wydać paszport Jerzemu Chmielewskiemu. 

Epilog
Części rakiety i informacje techniczne przywiezione przez inż. Chmielewskiego uświadomiły Brytyjczykom, że przed V-2 nie ma obrony, co zadecydowało o podjęciu decyzji o ewakuacji części mieszkańców Londynu i uratowało życie wielu cywilom. Pierwsza rakieta V-2 spadła na londyńską dzielnicę Chiswick 8 września 1944 roku zabijając 7 osób i raniąc 17 kolejnych. Eksplozja każdej kolejnej stanowiła całkowite zaskoczenie, ponieważ nadlatywały one z prędkością większą od dźwięku. Było już jednak za późno, aby rakiety V-2 mogły przesądzić o losach wojny, jak chcieli Niemcy. Wojska Alianckie szybko zajęły wyrzutnie rakiet znajdujące się na wybrzeżu Francji, a na teren poligonu w Bliźnie weszli Sowieci.
Wkrótce wojna się zakończyła, a wkład polskiego wywiadu w rozpracowanie najnowocześniejszej broni Hitlera, zgodnie z przewidywaniami płk Iranka-Osmeckiego, został szybko usunięty w cień. Przez kolejne dziesięciolecia zasługi i znaczenie polskiego wywiadu były przemilczane, a często wręcz zakłamywane. Dopiero po 1989 roku Polska mogła się upomnieć o należne jej zasługi i chwałę.
O tym jaka była skala działalności i jakie znaczenie miał polski wywiad podczas II wojny światowej najlepiej świadczą słowa, komandora Wilfreda Dunderdale, który w raporcie sporządzonym po wojnie dla Winstona Churchilla napisał, że z 44770 meldunków jakie w okresie pomiędzy 3 września 1939 a 8 maja 1945 otrzymała centrala brytyjskiego wywiadu, 22047 pochodziło z polskich źródeł, po czym dodał: „Jak widać polscy agenci prowadzili intensywną działalność przez ostatnie 5 lat, a informacje, które dostarczali, często z narażeniem swojego życia i życia bliskich osób, stanowią ogromny materiał wszelkiego rodzaju, obejmujący szeroki wachlarz zagadnień. Polskie Służby Wywiadowcze wniosły bezcenny wkład w planowanie i udane przeprowadzenie inwazji na siły niemieckie w Europie oraz przyczyniły się do ostatecznego zwycięstwa Sił Sprzymierzonych w Europie”.
Natomiast gen. Kroner, zastępca szefa amerykańskiego Military Intelligence Division, w rozmowie z gen. Sikorskim podczas jego wizyty w USA, powiedział: „Armia Polska posiada najlepszy wywiad na świecie. Wartość jego jest dla nas nieoceniona. Niestety w zamian możemy dać bardzo niewiele”. Amerykański generał miał niestety rację – w zamian nie dostaliśmy nic…
Nie da się oszacować, w jakiej mierze polski wywiad przyczynił się do pokonania III Rzeszy, można jednak zaryzykować stwierdzenie, że informacje zdobywane przez Polaków znacznie przyspieszyły zakończenie wojny i uratowały życie tysiącom alianckich żołnierzy i cywilów. Warto o tym pamiętać, zwłaszcza, że zdobycie wielu bezcennych informacji zostało okupione życiem, często anonimowych bohaterów.

Bibliografia:
M. Wojewódzki, Akcja V-1, V-2, Warszawa 1972
S. Darlow, Specjalne operacje bombowców, Warszawa 2010
Netografia:
Raport z Oslo i jego autor
Operacja „Most III” – relacja jednego z uczestników

Wkład polskiego wywiadu w zwycięstwo aliantów w II wojnie światowej

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Komentarze z Blox: 
Gość: , nat.pansa.pl
2012/01/19 08:07:06
świetny artykul!
jedna uwaga – miejscowość, w pobliżu której przechwycono V-2 to SARNAKI, nie SARNY.
pozdrawiam

 

2012/01/19 10:31:39
Oczywiście, że Sarnaki – musiałem zrobić literówkę – dziękuję za korektę i zapraszam częściej :-)
pozdrawiam
2012/01/24 11:54:48
Ja dodaję do ulubionych!!!
Może od razu książkę w tym tramwaju napisz!
2012/01/24 14:07:41
A i ijeszcze jedno „Mosquito” nie „Mosquit”, ale to są drobiazgi. Pozdrawiam
2012/01/24 20:47:29
Słuszna uwaga – powinni być Mosquito – już poprawiam.
Jak już rozmawiamy o „Komarze”, to polecam poniższy wpis:
jonaszdrobniak.blox.pl/2011/06/Kryptonim-Jerycho.html

Natomiast odnośnie pomysłu z książką, to aktualnie jest on równie realny jak to, że mojego bloga „polubi” kilkaset osób ;-)

wielkie dzięki za komentarz i korektę
zapraszam częściej

i pozdrawiam :-)
2012/01/24 22:47:36
będę zaglądał regularnie – pozdrawiam
Gość: BS, 89-68-241-26.dynamic.chello.pl
2012/11/24 13:15:04
Moja mama Stanisława Spasowska „IRENA”pracując w Biurze Studiów ARKA, otrzymała pierwszą propozycję by polecieć z tą przesyłką do Londynu. Wyznaczono jednak Jerzego Chmielewskiego, używając argumentu,iż mama jako słaba kobieta zostanie po prostu wyrzucona z tego samolotu przez Anglików. Czy to nie zakrawało na wielki skandal, a obrazowało jak byliśmy wykorzystywani przez tzw. sojuszników. Nie najlepiej działo się także w KG AK wśród samych Polaków, były przepychanki kto jest lepszy i ma więcej zasług. Następcy Jerzego Chmelewskiego najchętniej usuwali i wymazywali dotychczasowych jego współpracowników o wielkich zasługach dla ZWZ i AK. Pisali nową historię KG AK, nie ruszając oczywiście jej szefów. Pytam się czy większe zasługi dla AK mieli ludzie w latach do 1943r , czy po 1943r? Kto zwerbował do AK: KOCJANA, GLIWITZA – odpowiadam moja mama. Dlaczego więc jej następca w ARCE – Pan Mickiewicz manipulując WOJEWÓDZKIM w jego opracowaniach – wymazał ją z historii KG AK?
2012/11/25 09:19:27
Bardzo dziękuję za cenny komentarz! Jeżeli nie stanowi to wielkiego problemu, to będę niezmiernie wdzięczny za kontakt na: jonaszdrobniak@gazeta.pl.
J.D.


2 Komentarze

  1. W komentarzu wcześniejszym pomyłkowo przeliterowało się nazwisko – zwerbowanego do współpracy przez moją mamę (teściową) – Pana Hipolita Gliwica, który był jej znany jeszcze ze studiów, jako wykładowca ekonomii na Podyplomowych Studiach Dyplomatycznych Uniwersytetu im. Jana Kazimierza we Lwowie. Był to wybitny inżynier górnictwa, a jako wykładowca w tamtym czasie na uniwersytecie – ekonomista (zachował się w indeksie wpis z oceną z ekonomii). Z bezpośredniej relacji mamy (mojej teściowej) pamiętam szczegół – opowiadała, że wyjeżdżając statkiem z Anglii do Brazylii, „Jacek” Chmielewski otrzymał na wyprawkę od tzw. sojuszników, zamiast choćby niewielkich środków finansowych, – 2 używane dywany podłogowe, do sprzedania sobie na obczyźnie. Taka „wdzięczność sojuszników” była dla niego niezwykle upokarzająca. Wiem też, że „Jacek” przez całe tułacze życie bardzo tęsknił za Polską. Dodam jeszcze, że Biuro Studiów Gospodarczych – tzw. Wywiad
    Przemysłowy „ARKA” KG AK – było okresowo w zastępstwie kierowane przez moją mamę – o czym nie pisze się w publikacjach Pana Wojewódzkiego. Po tragicznym aresztowaniu „Grota” nastąpiły w KG AK, niekorzystne rozwiązania kadrowe……

    • Odnośnie zachowania Anglików, to nie jestem zdziwiony. Traktowanie naszych rodaków, jak ludzi drugiej kategorii chyba wynikało z ich mentalności i kolonialnej przeszłości. Byliśmy dla nich takimi białymi Hindusami. „Zapomnieli” o swoich przewagach nad egzotycznymi przybyszami ze wschodu, chyba tylko na moment, podczas Bitwy o Anglię. Wiadomo dlaczego…

      Pisałem ten tekst jakiś czas temu, ale pamiętam, że Pan Wojewódzki niejako „zmonopolizował” tę tematykę i dopóki nikt nie napisze czegoś nowego, opartego na innych źródłach, jesteśmy skazani na „widzenie” tego tematu z jego perspektywy.
      Pamiętam, że przeglądałem w księgarni jakąś książkę wydaną stosunkowo niedawno i całe jej fragmenty były faktycznie przepisane z książki Wojewódzkiego.
      Nadzieja na powstanie jakiegoś nowego opracowania jest chyba znikoma, bo z oczywistych powodów, materiałów raczej nie pozostało wiele, a świadkowie już odeszli…
      W pełni zgadzam się z Pańską oceną konsekwencji aresztowania „Grota”. Gdyby nadal dowodził, to bardzo zasadne wydaje się pytanie, czy wybuchłoby Powstanie?
      Ponownie bardzo dziękuję za cenny komentarz!
      pozdrawiam serdecznie

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.