Gwiaździsta eskadra

W przeddzień premiery „Bitwy Warszawskiej”, warto przypomnieć o innym polskim filmie, który wchodząc na ekrany kin 81 lat temu był wówczas największą superprodukcją polskiej kinematografii.
 

Jeden z nielicznych ocalałych kadrów z filmu. Więcej można zobaczyć tutaj
Film „Gwiaździsta eskadra” był melodramatem, przez niektórych – chyba nieco na wyrost, nazywanym „Polskim Przeminęło z Wiatrem”. Fabuła opowiadała perypetie miłosne głównych bohaterów, którym na drodze do szczęścia stanęła wojna polsko-bolszewicka. Sądząc po streszczeniu, które można znaleźć na stronie filmpolski.pl, scenariusz nie był nadzwyczajnie skomplikowany.

„Opowieść o grupie ochotników – pilotów amerykańskich, którzy sformowali Eskadrę Kościuszkowską i walczyli w szeregach armii polskiej w latach 1918-1920. Po ukończeniu wojny lotniczej rozjechali się do domu. Kapitan Bond znajduje się w przededniu zaręczyn z piękną Lili . . . 

W dniu zaręczyn zjawiają się u Bonda jego przyjaciele – lotnicy i proponują mu przyjęcie udziału w organizowanej przez nich eskadrze, która ma na celu obronę niepodległości Polski. Bond, nie mogąc przybyć na czas na zaręczyny, zawiadamia o tym Lili listownie. Lili podąża w ślad za narzeczonym i spotyka się z nim na południowym odcinku frontu. Kapitan Woyda, narzeczony przyjaciółki Lili, Zofii, zainteresował się wybranką swego przyjaciela. Bond zaś skierował swe sympatie w stronę Zofii. Między lotnikami następuje rozdźwięk. Tymczasem Lili dostaje się wskutek nieszczęśliwego wypadku w ręce nieprzyjaciela, skąd wybawi ją Woyda, Bond zaś ginie w locie wywiadowczym.”
Reżyserem filmu, który powstał w dziesiątą rocznicę wojny polsko-bolszewickiej był Leonard Buczkowski – ten sam, który po wojnie zasłynął „Zakazanymi piosenkami” i „Skarbem”.
W „Gwiaździstej eskadrze” zagrała ówczesna gwiazda polskiego kina Barbara Orwid, a obok niej Barbara Ludwiżanka, którą wiele lat później mogliśmy oglądać w roli sympatycznej staruszki delektującej się dżemikiem, w „Seksmisji” Juliusza Machulskiego.
Walory artystyczne filmu, być może nie były najwyższych lotów, ale wyróżniał się on niespotykanym wcześniej rozmachem realizacyjnym i użyciem nowatorskich metod filmowania scen batalistycznych. Po raz pierwszy w krótkiej historii polskiej kinematografii, kręcono zdjęcia z powietrza, używając w tym celu kamer zainstalowanych na samolotach. Powstały w ten sposób niepowtarzalne sceny walk powietrznych oraz lotnicza dokumentacja Poznania i lotniska w Ławicy, gdzie kręcono część zdjęć. Film przeszedł do historii jako najdroższa produkcja II Rzeczypospolitej.Scenariusz filmu napisał Janusz Meissner – wówczas pilot wojskowy i pisarz specjalizujący się w tematyce lotniczej. Po wojnie autor licznych książek opisujących losy polskich lotników walczących na frontach II wojny światowej. Jego „Żądło Genowefy”, czy „L jak Lucy” były obowiązkowymi lekturami wszystkich pasjonatów polskiego lotnictwa.
Postać głównego bohatera, czyli kapitana Bonda, była inspirowana osobą Meriana C. Coopera, słynnego amerykańskiego ochotnika i pilota Eskadry Kościuszkowskiej, który za udział w wojnie polsko-bolszewickiej otrzymał order Virtuti Militari.
 

Amerykańscy lotnicy z Eskadry Kościuszkowskiej
Udział Meissnera w powstaniu filmu nie ograniczył się jedynie do napisania scenariusza. Jako oficer łącznikowy między wojskiem a ekipą filmowców, aktywnie uczestniczył w produkcji filmu, pilotując samoloty, z których kręcono sceny batalistyczne.
(…) lecę na Spadzie z zamocowaną na kadłubie za plecami małą automatyczną kamerą, która filmuje ścigającego mnie dowódcę eskadry treningowej na starym, poczciwym Bristolu ucharakteryzowanym na samolot przeciwnika. (Błyski ognia serii z karabinów maszynowych wkopiuje się później.) Zwroty bojowe, walka kołowa, młyńce horyzontu, wir korkociągu, niebo i ziemia na przemian zostają utrwalone na taśmie filmowej.(…)”.
Kiedy podczas wielkich manewrów wojskowych na poligonie w Biedrusku przygotowywano się do nakręcenia kluczowych scen batalistycznych, okazało się, że wojsko nie dysponuje spłonkami detonacyjnymi, bez których nie można było zainscenizować eksplozji bomb lotniczych.„(…) 
- Jak to, nie macie spłonek?!
Nie mają. Podczas tegorocznych manewrów nie przewiduje się, żeby coś miało wylecieć w powietrze, wiec nie pobrali z magazynów.- Gdzie te magazyny?- Przy fabryce, w Fordonie.
A to ładna historia: bez spłonek „fugasy” nie wybuchną, bez wybuchów nie będzie bombardowania. (…)
Dzięki operatywności Buczkowskiego, który interweniuje na „najwyższym szczeblu”, spłonki zostają załatwione i zdjęcia mogą być kontynuowane.„(…) Na poligonie od rana szaleje zacięta „bitwa”. Latam w kółko na małej wysokości z odważnym operatorem, który używając ręcznej kamery i walcząc z pędem nakręca podrywający się atak na bagnety, szarże kawalerii, huraganowy ogień artylerii. Zawracam tuż nad okopami, wyciągam w górę na pełnym gazie, znów zawracam, nurkuje ostro – niżej, jeszcze niżej! – a pode mną i na wprost ziemia tryska od tych wybuchających „fugasów”, cwałuje szwadron ułanów, naciera „królowa broni”, grzeją baterie dział polowych! W ciągu całej kampanii roku 1920 nie widziałem tyle naraz i tak blisko…
Wtem, gdy już kończę kolejną pikę – dwa metry nad dymiącymi lejami – pod maszyną wybucha spóźniona petarda: wstrząs, gruchot, gejzer piachu i żwiru smagnął po sterach i po kadłubie! O, do diabła… 
Wychylam się, wykręcam szyję. Połowę statecznika poziomego obdarło z płótna, a z pokrycia ogona pozostała postrzępiona firanka. Jak się to wszystko zaraz rozsypie…(…)”.
Jak widać z opisu Meissnera przy kręceniu scen batalistycznych nie brakowało momentów niebezpiecznych. Niestety nie obeszło się bez tragedii…

„(…) W pierwszych dniach listopada właściwie skończyły się zdjęcia plenerowe i pozostały tylko dokrętki na lotnisku. Niestety właśnie wtedy, dwunastego, podczas jednej z takich dokrętek wydarzyła sie śmiertelna katastrofa: wskutek zderzenia z inną maszyną w powietrzu zginał młody pilot, por. Jan Bilski, wraz ze swym obserwatorem, ppor. Feliksem Lipińskim.
Cały wypadek został utrwalony na taśmie przez operatora kamery, ale Buczkowski nie wmontował tego odcinka do filmu. Przypuszczam, że żaden z reżyserów wielkich wytwórni Hollywood nie zrezygnowałby z tak sensacyjnej okazji…(…)”.
Efektowne sceny lotniczych pojedynków i bitwy filmowanej z powietrza okazały się skutecznym magnesem dla widzów. Film odniósł sukces komercyjny, który wykorzystano podwójnie, bo wkrótce został on udźwiękowiony i w nowej wersji wszedł do kin ponownie.
Po wojnie wszelki ślad po filmie zaginął. Pomimo tego, że był on rozpowszechniany w licznych kopiach, nie zachowała się żadna z nich.
Jedna z hipotez mówi, iż taśmy filmowe zostały zniszczone przez funkcjonariuszy NKWD, którzy skrzętnie odnaleźli wszystkie kopie „nieprawomyślnego” filmu. Być może, któraś z nich leży w moskiewskich archiwach? Nawet jeśli tak jest, to szanse na jej odzyskanie są raczej znikome. Rosjanie raczej niechętnie przyznają się do tego, że coś mają, zwłaszcza jeśli było to kiedyś cudzą własnością…
Są tacy, którzy proponują, aby kopii „Gwiaździstej eskadry” szukać w Hollywood. Dlaczego akurat tam? Otóż Merian C. Cooper, po powrocie do swojej ojczyzny został producentem filmowym, którego najgłośniejszym filmem był „King Kong” z 1933r. Cooper znany był ze swojej sympatii do Polski i Polaków oraz naszego lotnictwa, co miałoby go skłonić do sprowadzenia kopii „Gwiaździstej eskadry”. Teoria czysto poszlakowa, ale kto wie – może faktycznie warto pójść tym tropem?
Mnie najbardziej przekonuje pomysł, że kopia „Gwiaździstej eskadry” spoczywa spokojnie w Polsce i czeka na odkrycie. Przecież podczas wojennej zawieruchy często zdarzało się, że ktoś gdzieś dobrze ukrył jakąś cenną rzecz, a później zabierał tajemnicę do grobu. Wiele cennym pamiątek, czy dokumentów odnajdywano kilkadziesiąt lat po wojnie, często na skutek czystego przypadku.
Całkiem prawdopodobne jest również to, iż jakiś polski archiwista przechytrzył NKWD i w ostatniej chwili zamienił etykiety ratując „Gwiaździstą eskadrę” przed unicestwieniem.
W historii najciekawsze jest to, że pozostało jeszcze tyle do odkrycia – do długiej listy możemy zatem dopisać poszukiwaną kopię „Gwiaździstej eskadry”.
cytaty pochodzą z :
J. Meissner, Wiatr w podeszwach

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Komentarze z Blox:

2011/09/30 10:59:28
W historii najciekawsze jest to co do odkrycia, ale nie tylko. Także jej subiektywny charakter. Nie ma chyba faktów, których nie można interpretować i oceniać na różne sposoby:)
P.s.
Cieszę się, że kryzys przełamany.:)
2011/09/30 14:19:45
Masz rację, historia na szczęście nie jest „zero-jedynkowa” jak matematyka – tutaj 2+2 nie zawsze równa się 4, a suma „słupka” po prawej stronie nie zawsze zgadza się z lewą :-)
Dlatego potrafię zrozumieć, że dla ludzi o „duszy księgowego”, historia nie stanowi żadnej atrakcji ;-)
p.s. czy przełamany, to zobaczymy, ale jestem dobrej myśli ;-) 
2011/10/02 20:34:36
Znów bez czapki Panie przed tobą stoję i łzy wzruszenia ocieram. Filmy o lotnikach oglądałem od małego (na kino nieme się nie załapałem) nawet specjalnie biegałem do Muzeum Techniki oglądać filmy o lotnikach amerykańskich, nie wiem jak to puścili wtedy. Literatura lotnicza połykana była zaraz po tej indiańskiej, stąd moja fascynacja twórczością Meissnera (przeżył obie wojny – 78 lat). Tak z rozbiegu czytałem dalej o Korsarzy Janie Martenie i cokolwiek bym tego autora dopadł. Z polskich lotników miałem okazję poznać osobiście Stanisława Skalskiego – przyjaźnił się z moim ojcem (przeszli tą samą drogę po 1947 roku). Wybacz miły Gospodarzu swój blog u Ciebie zaczynam pisać, ale to podziękowanie kolejne.
2011/10/02 22:17:48
Widzę, że mieliśmy podobny gust przy doborze lektur :-) Pacholęciem będąc pochłaniałem wszystko co tylko napisano o polskich lotnikach walczących podczas II wojny światowej. Zazdroszczę możliwości poznania Pana Skalskiego – świetny pilot i fantastyczny życiorys – żal było patrzeć jak się pogubił u schyłku życia i jak niektórzy niegodziwcy wykorzystywali jego osobę w polityce…
Mam w planach wpis o Skalskim i jego towarzyszach – na razie „dojrzewa” w mojej głowie, ale myślę, że jeszcze w tym miesiącu będzie go można przeczytać.
Zawsze jesteś tutaj mile widziany – dziękuję za komentarz i pozdrawiam :-)
2011/10/03 15:52:27
chyba bardziej to się pogubił Broniewski Władzio, ciekawe historie znam od jego sąsiadów z Mokotowa. Niektórych wielkich – zwyciężył niestety alkohol, warto byłoby napisać kiedyś o zagubionych życiorysach, gdzie wspaniały talent ugiął się przed butelką. Ale to nie miejsce.
2011/10/04 11:03:25
Bardzo dobry pomysł. Uwielbiam odbarwianie wizerunków:) Nie żebym była złośliwa i cieszyły mnie czyjeś niepowodzenia, ale dlatego, że mamy dziwną przypadłość polską i dość nerwowo podchodzimy do tematu „wielkich Polaków”. Nie można słowem pisnąć o ich słabościach. Czas to zmienić i pokazywać prawdziwe oblicze człowieka, stawiając go jednocześnie na piedestał. Wiedza o ułomnościach nie umniejszy podziwu dla ich szczególnych czynów czy osiągnięć. Wręcz przeciwnie – tylko prawda nas wyzwoli:)
2011/10/04 16:52:04
Pomysł istotnie dobry. Faktycznie mamy manierę idealizowania naszych bohaterów i nadętego patosu, kiedy mowa jest o patriotyzmie.
Tymczasem odbrązowienie tych „posągowych bohaterów”, którzy przecież jak wszyscy mieli swoje słabostki, wcale nie umniejsza ich wielkości. Jeśli tylko znajdę wartościowe źródła, wenę i czas, to z przyjemnością coś napiszę.
p.s. dziękuję Wam za inspirację :-)

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.