Kryptonim „Jerycho”



Zgrabne sylwetki dwusilnikowych samolotów stopniowo obniżały pułap. Na wysokości 150 metrów maszyny wyrównały lot. Do celu pozostało zaledwie kilka minut. Za chwilę miała się rozpocząć decydująca faza jednej z najbardziej śmiałych operacji lotniczych II wojny światowej.

W styczniu 1944 roku, Amiens – francuskie miasto położone nad rzeką Sommą, którego historia sięgała średniowiecza, znane było z trzech rzeczy – perły gotyckiej architektury w postaci Katedry Notre Dame, mieszkającego tu w drugiej połowie XIX wieku Juliusza Verne’a i krwawych batalii prowadzonych w okresie I Wojny Światowej, nad przepływającą przez Amiens Sommą.

Ćwierć wieku później, jeden z weteranów bitwy nad Sommą, miał się pośrednio przyczynić do tego, iż kronikarze Amiens, w rozdziale „Najgłośniejsze wydarzenia w historii miasta”, musieli dokonać znaczącej aktualizacji.

Hugo Ernst Bleicher – bo o nim mowa, po zrzuceniu w 1918 roku munduru armii Cesarstwa Niemieckiego zajął się biznesem. Jednak biegła znajomość francuskiego i hiszpańskiego, w połączeniu z nieprzeciętną inteligencją, spowodowały, iż wkrótce został dostrzeżony przez niemiecki wywiad.
Kiedy w 1940r. pancerne zagony Guderiana zajęły Francję, Hugo Bleicher pojawił się nad Sekwaną jako porucznik Abwehry. Niski mężczyzna, w ceratowym cywilnym płaszczu, okularach w grubej oprawie i czarnym bereciku, bardziej przypominał prowincjonalnego urzędnika niskiego szczebla, niż niemieckiego oficera. Jego niepozorny, niewzbudzający podejrzeń wygląd okazał się wyjątkowym atutem, który ułatwił przeniknięcie w szeregi francuskiego ruchu oporu.
W krótkim czasie Hugo Bleicher stał się jednym z najskuteczniejszych oficerów niemieckiego kontrwywiadu, którego działalność przyniosła Aliantom niepowetowane szkody. Zasłynął aresztowaniem kapitana Romana Czerniawskiego – asa polskiego wywiadu działającego na terenie okupowanej Francji. Aresztowanie Czerniawskiego i likwidację jego siatki wywiadowczej, uznano za jeden z największych sukcesów, jakie niemiecki kontrwywiad odniósł we Francji.
Na początku 1944 roku oczywiste było, że utworzenie drugiego frontu zbliża się nieuchronnie. Niemcy doskonale zdawali sobie sprawę z tego, jaką rolę w przygotowaniach do inwazji odgrywa francuski ruch oporu i alianccy agencji działający na terenie Francji. Abwehra otrzymała rozkaz zintensyfikowania swoich działań kontrwywiadowczych.
Na scenę ponownie wkroczył porucznik Hugo Bleicher, który po raz kolejny dowiódł swoich nieprzeciętnych umiejętności. W misternie tkaną sieć podwójnych agentów zaczęli wpadać kolejni członkowie ruchu oporu. Większość z nich, po okrutnych torturach, kończyła przed plutonem egzekucyjnym.
W takich okolicznościach w dowództwie Bomber Command pojawił się przedstawiciel Wolnych Francuzów, których rząd na uchodźstwie działał w Londynie. Francuz posiłkując się planami i rysunkami przedstawił cel swojej wizyty:

- kilkudziesięciu członków Résistance schwytanych w ostatnich dniach przez Bleichera, zostało osadzonych w więzieniu Amiens. Wśród nich znajdują się ważni dowódcy podziemia m.in. Raymond Vivant. Ze względu na wiedzę jaką posiada na temat planów desantu w Normandii, jego aresztowanie może się okazać katastrofalne w skutkach. Szczęśliwie Niemcy nie zdołali jeszcze odkryć jego prawdziwej tożsamości, ale powinniśmy liczyć się z tym, że może to nastąpić w każdej chwili. Ponadto została już wyznaczona data egzekucji dwunastu osadzonych – zostaną rozstrzelani 19 lutego.
Po tym wstępie, Francuz rozłożył na stole przyniesione dokumenty i przeszedł do sedna sprawy.
- szturm i sforsowanie więziennych murów przerasta możliwości naszego ruchu oporu, dlatego przyszedłem tutaj z pytaniem, czy samoloty RAF mogą zbombardować więzienie w Amiens w taki sposób, aby umożliwić więźniom ucieczkę?
Po słowach francuskiego oficera w sali zapadła cisza.- sprawa jest bardzo pilna, ale rozumiem, że podjęcie decyzji wymaga czasu potrzebnego na przeanalizowania całej sprawy. Będziemy czekać na odpowiedź. Dziękuję panom – Francuz pożegnał się i wyszedł, pozostawiając na biurku przyniesione plany i szkice.
Ledwie zamknęły się za nim drzwi, odezwał się najstarszy rangą oficer w stopniu vice marszałka RAF.
- co ci Francuzi sobie do cholery wyobrażają?! Mamy im wybić dziurę w ścianie bombą zrzuconą z samolotu? Przecież to niewykonalne.
- to się da zrobić Panie Marszałku. Mogę nawet wskazać samolot, którym można wykonać takie zadanie.
Człowiekiem, który wypowiedział te słowa był Solly Zuckerman - jedyny cywil uczestniczący w spotkaniu. Ten urodzony w Kapsztadzie lekarz i naukowiec, od początku wojny był doradcą brytyjskiego rządu. Znany był przede wszystkim z zaprojektowania charakterystycznego hełmu używanego przez Obronę Cywilną, który od jego nazwiska nazwano „hełmem Zuckermana”.
W 1944 roku Zuckerman pełnił funkcję doradcy Bomber Command w zakresie wybierania celów i strategii bombardowań. Według jego koncepcji lądowanie w Normandii należało poprzedzić intensywnymi bombardowaniami linii i węzłów kolejowych, co miało sparaliżować niemiecki transport. Pomimo tego, iż oponenci skwitowali ten pomysł mianem „szaleństwa Zuckermana”, plan zyskał akceptację brytyjskiego i amerykańskiego dowództwa i został wprowadzony w życie.
- jestem praktycznie pewny, że można tego dokonać. Musimy tylko odpowiedzieć sobie na pytanie, czy potencjalne zyski jakie przyniesie ta akcja, zrekompensują nam ewentualną stratę naszych najlepszych pilotów? - Chłodny, analityczny umysł Zuckermana, „na zimno” rozważał opłacalność całego przedsięwzięcia.
- co pan ma konkretnie do zaproponowania? – słowa cywilnego doradcy wzbudziły wyraźne zainteresowanie wśród zgromadzonych oficerów.
- jedynym typem samolotu jaki aktualnie posiadamy, który nadaje się do przeprowadzenia tak precyzyjnego bombardowania, jest Mosquito.

De Havilland Mosquito był dwusilnikowym samolotem, którego wyjątkowość polegała na tym, iż w okresie kiedy z desek kreślarskich brytyjskich i amerykańskich konstruktorów schodziły samoloty bojowe o całkowicie metalowej konstrukcji, Mosquito wykonany był z drewna, sklejki i płótna. Technologia budowy jego poszycia pamiętała jeszcze czasy I wojny światowej, a elementy ze specjalnie preparowanego drewna świerkowego łączono przy użyciu kleju. Pozwalało to zaoszczędzić strategiczne surowce i powodowało, iż wykonanie samolotu nie wymagało użycia specjalistycznych maszyn. Dzięki temu do jego produkcji, oprócz firm z branży lotniczej, można było zaangażować zakłady wytwarzające meble, czy instrumenty muzyczne. Żartowano nawet, że zmian w budowie płatowca można dokonać przy użyciu piły do drewna.
Lekka konstrukcja samolotu znacznie podnosiła jego walory pilotażowe, dzięki czemu Mosquito był bardzo uniwersalną maszyną. Używano go jako myśliwca, lekkiego bombowca oraz samolotu rozpoznawczego. Możliwość przelotu na niskim pułapie zapewniała element zaskoczenia i precyzję bombardowania, a szybkość wznoszenia i duża prędkość maksymalna, ułatwiały ucieczkę z miejsca akcji.
Piloci Mosquitów, górnolotnie nazywali je „drewnianym cudem” (wooden wonder). Obsługa naziemna, nieco bardziej przyziemnie – „marzeniem kornika” (termite’s dream).
Przygotowania do akcji rozpoczęto od rozpoznania opartego na szczegółowej dokumentacji fotograficznej. Na podstawie zdjęć lotniczych zbudowano makietę więzienia, która posłużyła do opracowania szczegółowego planu.
Do wykonania zadania wyznaczono międzynarodowy zespół. Po jednej eskadrze (6 maszyn) z 464 Dywizjonu RAAF (australijski), 487 Dywizjonu RNZAF (nowozelandzki) oraz 21 Dywizjonu RAF. Osłonę miały zapewnić myśliwce Typhoon ze 198 Dywizjonu RAF. Całością akcji miał dowodzić pułkownik Charles Percy Pickard, który siedział w kabinie dziewiętnastego Mosquita. Nigdy wcześniej nie próbowano przeprowadzić takiego nalotu, więc pierwszą trudnością jaką napotkali planiści, był wybór odpowiednich bomb, które powinny być użyte. Miało to fundamentalne znaczenie, ponieważ ich rozmiar musiał być tak dobrany, aby bez trudu zdołały zniszczyć mury, a jednocześnie nie obróciły całego więzienia w gruzy, zabijając przy okazji więźniów.
Zadecydowano, iż optymalnym rozwiązaniem będzie, jak każdy z samolotów zabierze po dwie 500 funtowe bomby.
Mimo wszystko istniało ryzyko, że w wyniku bombardowania, duża liczba więźniów zginie. Uznano jednak, iż warto zaryzykować, bo wcześniej, czy później większość osadzonych i tak miała stanąć przed plutonem egzekucyjnym.
Plan ataku zakładał, iż samoloty nadlecą od wschodu, co dodatkowo miało zmylić Niemców, którzy nie powinni się spodziewać ataku z tego kierunku.
Pierwsza eskadra miała zrzucić 500 funtowe bomby bezpośrednio na mur otaczający budynki więzienia. Aby nie narazić nisko lecących samolotów na uszkodzenie odłamkami własnych bomb, ich zapalniki ustawiono na 11 sekundowe opóźnienie. Druga eskadra bombowców miała zrzucić bomby na budynki więzienia, wśród których znajdowała się stołówka. Atak celowo wyznaczono w porze obiadu przewidując, iż wówczas w stołówce będzie przebywała większość strażników. Jednocześnie zakładano, iż wybuchy bomb naruszą konstrukcję budynków w sposób umożliwiający więźniom sforsowanie drzwi i ucieczkę.
Mosquity trzeciej eskadry z 21 Dywizjonu RAF czekały w odwodzie, a nad wszystkim miały krążyć ubezpieczające nalot Typhoony.
Ponieważ alianckie bomby miały skruszyć mury więzienia, nawiązując do zburzonych murów biblijnego Jerycha, akcji nadano kryptonim „Jerycho”.
Datę operacji wyznaczono na 10 lutego 1944 roku. Niestety w tym dniu warunki pogodowe były tak złe, że przeprowadzenie jakichkolwiek lotów okazało się niewykonalne. Następnego dnia niski pułap chmur, opady śniegu i mgła również uniemożliwiły wykonanie ataku. Podobnie było przez kolejne dni aż do 18 lutego. Był to ostatni dzień, w którym można było przeprowadzić operację, ponieważ nazajutrz miała się odbyć egzekucja dwunastu więźniów.
Nie było wyjścia. Pomimo niesprzyjających warunków pogodowych, trzy eskadry Mosquitów wyruszyły do akcji.
Już na wstępie, w wyniku wyjątkowo złej widoczności, cztery samoloty utraciły styczność z formacją i zawróciły na lotnisko. Piąty Mosquito musiał przerwać lot i wrócić do bazy, z powodu awarii silnika. Pozostałe maszyny, z Mosquitem pułkownika Pickarda na czele, bez przeszkód dotarły do Amiens.
Dokładnie o godz. 12:03 bomby zrzucone z trzech nowozelandzkich Mosquitów 487 Dywizjonu spadły na wschodnią część murów otaczających więzienie. Kolejne Mosquity z tego samego Dywizjonu zaatakowały mur od strony północnej. Ataki były skuteczne. W obu przypadkach bomby naruszyły mury więzienia, tworząc w nich szerokie wyłomy.Cztery Mosquity z australijskiego 464 Dywizjonu zaatakowały więzienie od strony wschodniej. Ich bomby spadły na mury i uszkodziły budynki więzienne, niszcząc całkowicie stołówkę.
skutki nalotu
Błyskawiczny atak okazał się skuteczny. Budynek, w którym mieściła się stołówka runął, grzebiąc pod gruzami strażników więziennych, a na dziedzińcu i za murami więzienia zaczęły się pojawiać pierwsze postaci uciekających więźniów.
Pułkownik Charles Pickard, który krążył w rejonie ataku i obserwował wszystko z kabiny swojego Mosquita, widząc skutki bombardowania, odwołał czekające w odwodzie samoloty 21 Dywizjon RAF.
Kiedy sam obrał kurs powrotny, jego samolot został zaatakowany przez niemieckie myśliwce Focke Wulf Fw-190, które właśnie nadleciały. Maszyna Pickarda z odstrzelonym ogonem runęła na ziemię. Pilot i jego nawigator zginęli w płonących szczątkach samolotu.Kolejny Mosquit został strącony ogniem artylerii przeciwlotniczej. Pozostałe wróciły cało na macierzyste lotniska.W wyniku ataku zginęło 50 Niemców i 37 więźniów. Około 250 więźniom, w tym większości członków ruchu oporu, udało się uciec. Niemcy wyłapali część uciekinierów, ale byli to najczęściej więźniowie kryminalni. Członkowie podziemia, którzy uciekli podczas nalotu, nie wrócili do więzienia. Więźniowie doskonale wiedzieli, kto zdradził i przez kogo zostali aresztowani. Dzięki tej wiedzy, udało się zlikwidować siatkę podwójnych agentów prowadzonych przez porucznika Hugo Bleichera. Niemiecki kontrwywiad stracił możliwość skutecznej inwigilacji francuskiego podziemia. W kontekście przygotowań do mającego wkrótce nastąpić lądowania w Normandii miało to niebagatelne znaczenie.
Do końca wojny Mosquity miały jeszcze wiele okazji, aby pokazać swoje wysokie walory bojowe. Drewniany „Komar” upuścił wiele nieprzyjacielskiej krwi.


netografia: http://www.raf.mod.uk/

poniżej brytyjski film dokumentalny opisujący przebieg operacji



a tutaj coś wyłącznie dla miłośników lotnictwa ;-)

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
 
Komentarze z Blox:
2011/06/28 08:05:49
Czytając poczatek tej historii, sądziłam, że będziesz opisywał suksesy hitlerowskiego szpiega. I obudziły się we mnie dziwne uczucia … jakos nie mogłam wykrzesać dla niego podziwu. Uświadomiło mi to pewną prawidłowość … wielkie czyny naszych wrogów wydają się maluskie i nie sposób ich podziwiać zupełnie obiektywnie.
 
2011/06/28 18:16:35
W zakresie o którym piszesz, u mnie też ciężko z bezstronnością, więc w moich wpisach na pewno nie będę zachwycał się sukcesami hitlerowców. Ewentualnie mógłbym wyrazić uznanie dla niektórych pilotów, ale chyba tylko wtedy jak już braknie mi pomysłu na inny temat:)
Tymczasem uspokoję Cię, że ostatecznie, Czerniawski przechytrzył Bleichera i w finale to „nasi” byli górą, ale… to już temat na osobny wpis ;)
pozdrawiam

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.