100 milionów w dwie minuty czyli „Akcja góral”

Do prowadzenia wojny potrzebne są trzy rzeczy: pieniądze, pieniądze i jeszcze raz pieniądze. Słowa wypowiedziane przez marszałka Francji Gian-Jacopo Trivulzio i spopularyzowane później przez Napoleona Bonaparte, nigdy nie straciły na aktualności.

goral_awers

Okupacyjny banknot pięćset złotowy, tzw. „góral” (źródło Wikipedia)

Na ulicy, tuż przy krawężniku stała ciężarówka z odkrytą skrzynią ładunkową. Za jej wysokimi burtami siedzieli niewidoczni z zewnątrz dwaj młodzi mężczyźni uzbrojeni w pistolety maszynowe. Czekali. Czy tym razem się uda?
Był kwadrans po jedenastej, kiedy na spokojnej do tej pory ulicy zabrzmiał donośny męski głos:
– Polacy, padnij!
Dwaj mężczyźni błyskawicznie wstali i celując ponad burtą ciężarówki nacisnęli spusty.
I zaczęło się…

Pomysł

Ponad rok wcześniej w konspiracyjnym lokalu w okupowanej Warszawie spotkali się gen.Stefan Rowecki „Grot” i oficer Komendy Głównej AK major Emil Kumor „Krzyś”. Był początek 1942 roku.
Jednym z tematów poruszonych podczas rozmowy były problemy finansowe konspiracyjnego wojska. Podstawowe źródło finansowania Armii Krajowej stanowiły pieniądze, które drogą lotniczą z Londynu przewozili m.in. cichociemni. Niestety sposób ten miał poważne ograniczenia. Loty można było wykonywać wyłącznie w miesiącach zimowych i jesiennych. Latem noce były zbyt krótkie, co na tak długiej trasie wykluczało bezpieczny przelot.
Tymczasem potrzeby konspiracyjnych oddziałów rosły z miesiąca na miesiąc. Oprócz rzeczy tak oczywistych dla każdego konwencjonalnego wojska, jak zakup i produkcja broni i amunicji, podziemna armia miała wiele innych wydatków. Utrzymywano konspiracyjne lokale, pokrywano koszty podróży kurierów i wykupu więźniów, a tym którzy poświęcali się służbie w konspiracji w takim stopniu, że nie mieli czasu na pracę zarobkową, wypłacano zasiłki pieniężne.

- Panie generale chyba wiem jak zdobyć pieniądze – „Krzyś” w kilku zdaniach przedstawił zarys swojego pomysłu.
- Pan naprawdę myśli, że to się uda wykonać? – „Grot” był zaskoczony, ale jednocześnie zaintrygowany tym co usłyszał.
- Zdaję sobie sprawę z tego, iż moja propozycja może się wydać szalona, ale jestem przekonany, że jest wykonalna.

Akcję, której przeprowadzenie zaproponował „Krzyś”, w pierwszym momencie, faktycznie można było uznać za szaleństwo. Szczególnie w realiach okupowanego kraju. Pieniądze, o których mówił znajdowały się w banku. Nie w jakimś „pierwszym lepszym”, tylko w Banku Emisyjnym. „Krzyś” proponował „podjęcie” gotówki z najlepiej strzeżonego banku w całej Generalnej Guberni.
Bank Emisyjny, jak sama nazwa wskazuje, zajmował się emisją okupacyjnych złotówek – od nazwiska szefa banku Feliksa Młynarskiego, zwanych potocznie „Młynarkami”. Jego centrala miała siedzibę w Krakowie, a w Warszawie przy ul. Bielańskiej znajdował się oddział banku, z którego regularnie wysyłano transporty pieniędzy do Krakowa. W zamyśle majora Kumora ten właśnie oddział, a właściwie zdeponowana w nim gotówka, miała stanowić cel ataku.

Przygotowania

Po zaakceptowaniu pomysłu przedstawionego przez majora „Krzysia”, gen. „Grot” zlecił przygotowanie planu i przeprowadzenie akcji grupie szturmowej oddziału specjalnego Komendy Głównej Armii Krajowej „Osa”, później przemianowanego na „Kosę”.
Rozpoczęła się żmudna praca wywiadowcza dzięki której można było przygotować precyzyjny plan akcji.
Pierwotnie rozpatrywano kilka wariantów przeprowadzenia ataku. Bezpośredni atak na oddział banku przy ul. Bielańskiej, atak na konwój z pieniędzmi na ulicach Warszawy oraz atak na bocznicy kolejowej podczas przeładunku pieniędzy do pociągu. Zastanawiano się również nad pomysłem napadu na pociąg na trasie z Warszawy do Krakowa.
Pierwszą rzeczą jaką należało zrobić było wtajemniczenie w całą sprawę kogoś pracującego w banku. Bez udziału takiej osoby przeprowadzenie akcji było niemożliwe.
Dzięki pozyskanym do współpracy pracownikom banku można było ustalić terminy transportów oraz ilości przewożonej gotówki. Przede wszystkim jednak, mieli oni zadbać o to, aby w transporcie znajdowały się banknoty różnych emisji, co uniemożliwiłoby Niemcom wycofanie utraconej gotówki z obiegu.
Pracowników banku zaangażowanych w akcję było zapewne więcej, ale znane są nazwiska dwóch z nich, którzy odegrali wiodące role. Pierwszy to Ferdynand Żyła, noszący pseudonim „Michał I”, drugi to Jan Wołoszyn – „Michał II”.
Po wielu miesiącach przygotowań opracowano szczegółowy plan akcji, który zakładał atak na konwój z pieniędzmi na trasie pomiędzy bankiem, a dworcem kolejowym. Niemcy transportowali pieniądze na zwykłej ciężarówce wypożyczonej z Zakładu Oczyszczania Miasta, sądząc zapewne, iż nikt nie będzie podejrzewał, że w ten sposób można przewozić tak cenny ładunek. Na skrzyni ciężarówki siedziało czterech żandarmów uzbrojonych w pistolety maszynowe. Za ciężarówką jechał samochód osobowy, jako osłona.
Plan przewidywał, iż atak nastąpi na krótkim odcinku ul. Senatorskiej, pomiędzy ul. Miodową, a Placem Zamkowym. Ulica w tym miejscu była wąska. Po jednej stronie leżały gruzy, po drugiej stały budynki mieszkalne ze sklepami i kawiarnią na parterze.  Na ulicy panował niewielki ruch.
Ponieważ oczywiste było, iż atak będzie można wykonać tylko raz, czekano aż z banku wyruszy odpowiednio duży transport pieniędzy.
Niestety 5 czerwca 1943 roku rozegrały się wydarzenia, które mogły zniweczyć żmudne wielomiesięczne przygotowania.
W tym dniu, w kościele Św. Aleksandra na placu Trzech Krzyży w Warszawie, odbywał się ślub ppor. Mieczysława Uniejowskiego pseudonim „Matros” – żołnierza „Kosy” z Teofilą Suchanek, której brat służył w tym samym oddziale, co pan młody. Na uroczystości zaślubin, oprócz rodziny nowożeńców, prawie w komplecie stawili się towarzysze broni pana młodego. W biały dzień, w tym samym miejscu, bez zachowania jakichkolwiek środków ostrożności, zgromadziło się kilkudziesięciu członków podziemia. Niemcy aresztowali wszystkich, jeszcze przed zakończeniem ślubnej uroczystości…
Pan młody – jak wszyscy pozostali aresztowani członkowie „Kosy”, został rozstrzelany. Jego niedoszła żona wraz ze swoimi rodzicami trafiła do Oświęcimia. Przeżyła wojnę. Jej brat, szczęśliwym zbiegiem okoliczności, uniknął aresztowania.
Jak później ustalił kontrwywiad Armii Krajowej jeden z członków „Kosy” był niemieckim konfidentem. Wyrokiem konspiracyjnego sądu skazano go na śmierć. Wyrok został wykonany.
Realizację gotowego już planu trzeba było odłożyć. Oddział, który miał go wykonać praktycznie przestał istnieć – aresztowania uniknęło tylko kilka osób, które z różnych przyczyn były nieobecne na ślubie. Po drugie istniało ryzyko, iż ktoś nie wytrzyma okrutnego przesłuchania i zdradzi plany akcji.
Pomimo tortur i w obliczu śmierci żaden z aresztowanych nie zdradził niczego, co pozwoliłoby Niemcom dowiedzieć się o planowanej akcji.
Niestety limit nieszczęść nie został wyczerpany. W dniu 30 czerwca 1943 roku został aresztowany Komendant Główny AK gen. Stefan Rowecki „Grot”. Atak trzeba było ponownie odłożyć.
Kiedy nie zaobserwowano żadnych zmian w pracy banku i organizacji transportów z pieniędzmi, powrócono do realizacji planu.
Ponieważ wyznaczony do wykonania zadania oddział „Kosa” przestał istnieć, przeprowadzenie akcji powierzono oddziałom dyspozycyjnym Kedywu noszącym nazwę „Motor 30”, do których dołączono członków „Kosy”, którzy uniknęli aresztowania. Koordynację i nadzór nad całym przedsięwzięciem powierzono dowódcy „Motoru 30” majorowi Janowi Kiwerskiemu pseudonim „Kalinowski”. Na dowódcę akcji, w której miało uczestniczyć ok. sześćdziesięciu żołnierzy podziemia, został wyznaczony ppor. Jerzy Kleczkowski pseudonim „Jurek” – jeden z ocalałych członków „Kosy”, który od samego początku brał udział w przygotowaniach do akcji.

Akcja

5 sierpnia 1943 roku ciężarówka z pieniędzmi w eskorcie podążającego za nią samochodu osobowego wjechała w ul. Senatorską, minęła „Kitajca” i spokojnie pojechała w stronę Placu Zamkowego. Nie padł ani jeden strzał. Ne wydano rozkazu do ataku.
W wyniku nieporozumienia, którego przyczyn nigdy nie ustalono, na miejscu zabrakło dwóch uczestników akcji, którzy mieli odegrać kluczową rolę podczas ataku.
Doskonale wyszkoleni i zdyscyplinowani żołnierze podziemia nie wykonali żadnego niepotrzebnego ruchu. Przed nimi przejechał samochód z pieniędzmi, a oni pomimo oczywistego napięcia i nerwów, czekali spokojnie na rozkaz.
W ciężarówce, którą niedoszli zamachowcy odprowadzili wzrokiem odjechało ponad 50 milionów zł.
Kolejna okazja do ataku nadeszła 12 sierpnia 1943 roku. Dzień wcześniej „Michał II” powiadomił o planowanym bardzo dużym transporcie pieniędzy.
O godz. 10:45 ppor. „Jurek” czekający w herbaciarni przy ul. Piwnej słyszy w słuchawce telefonu umówiony sygnał – „Ciocia zajechała”, uzupełniony informacją o sile eskorty. Kilkanaście minut później drugi telefon informuje go, że transport właśnie wyjechał z banku.
Ppor. „Jurek” wychodzi z herbaciarni i wyjmuje chusteczkę do nosa. Na ten sygnał czekają dwie łączniczki – Barbara Rogowska „Baśka” i Maria Gabryjelska „Myszka”, które wyruszają samochodem na Wolę, aby poinformować ogrodnika, u którego mają być przechowane pieniądze. Po drodze powiadamiają ppor. Bogdana Gawrońskiego „Davy’ego”, którego zespół przebrany w kombinezony ekipy remontowej, ustawia barierki informujące o robotach drogowych.
Po kilku minutach wszyscy znajdują się na wyznaczonych stanowiskach. Na ul. Senatorskiej zaparkowano ciężarowego Forda, nazywanego przez żołnierzy „Kitajcem”, którego skierowano przodem w stronę Placu Zamkowego. Za wysokimi burtami skrzyni ładunkowej „Kitajca” ukrywają się podchorążowie Stanisław Zołociński „Doman” i Andrzej Żupański  „Andrzej” - obaj uzbrojeni w steny.
Przed „Kitajcem” stoi wózek załadowany pustymi pudłami, a przy nim pchor. Zbigniew Skoworotko „Jarko”.
Kilkanaście minut po jedenastej ciężarówka z pieniędzmi nadjeżdża od strony Placu Teatralnego. Konwój najwyraźniej chce skręcić w ul. Miodową, ale uniemożliwiają to barierki ustawione przez ludzi „Davy’ego”. Samochód zatrzymuje się, ale po chwili rusza w ul. Senatorską. Kierowca zwalnia widząc stojącego na wąskiej ulicy „Kitajca”.
Ciężarówka zrównuje się z „Kitajcem”. Przed jej maską pojawia się wózek wypchnięty przez pchor. „Jarkę”.
Por. „Pola” stojąc na błotniku „Kitajca” strzela w dach szoferki. Z dołu atakuje ppor. „Jurek”. „Doman” i „Andrzej” otwierają ogień zza burty „Kitajca”.
Wszyscy czterej żandarmi znikają za burtami ciężarówki. Jeden z nich ostrzeliwuje się chaotycznie.
Do ataku ruszają dwa oddziały ukryte w sklepie elektrycznym, warzywniaku i kawiarni przy ul. Senatorskiej. Żołnierze pierwszego oddziału wdzierają się przez burty na skrzynię ciężarówki. Po chwili samochód jest zdobyty. Podczas ataku zostaje postrzelony Stefan Starzyński „Balon”.
Drugi zespół gradem kul zasypuje samochód z eskortą. Siedzący w nim czterej Niemcy nawet nie zdążą sięgnąć po broń. Wszyscy giną na miejscu.
Od strony Placu Teatralnego nadjeżdża samochód osobowy. Wyskakuje z niego oficer Wermachtu i zaczyna strzelać z pistoletu maszynowego. Niemiec zabija urzędnika bankowego siedzącego w szoferce i rani „Domana”, który dostaje postrzał w udo. Trafiony przez Wiesława Krajewskiego „Semena”, pada martwy na ulicy.
Z tego samego kierunku co oficer Wermachtu nadbiega dwóch niemieckich żandarmów. Zatrzymuje ich celna seria z thompsona.
Samochód z pieniędzmi odjeżdża. Żołnierze osłony zwijają posterunki.
Akcja zakończona. Pomiędzy pierwszym strzałem, a odjazdem ciężarówki z pieniędzmi minęły dwie i pół minuty.

Epilog

W wyniku akcji zdobyto 106 milionów zł. co stanowiło równowartość ok. miliona dolarów amerykańskich oraz kilka sztuk broni. Sześciu Niemców zginęło, a kolejnych sześciu zostało rannych. Dwaj żołnierze podziemia, którzy zostali lekko ranni, wkrótce zostali zoperowani w szpitalu.
Niestety podczas ataku zginęło trzech polskich urzędników bankowych, a czterech innych zostało rannych.
Oprócz wymiernej zdobyczy jaką była przejęta gotówka, nie mniej ważny był efekt psychologiczny i propagandowy akcji. W biały dzień, w centrum Warszawy, okupant stracił ponad sto milionów złotych!
Niemcy robili wszystko żeby odzyskać stracone pieniądze. Specjalne ekipy Gestapo prowadziły intensywne śledztwo. Jedna z nich, z rozkazu samego Hansa Franka, jeszcze tego samego dnia przyjechała z Krakowa.
Na ulicach Warszawy patrole żandarmów rewidowały przechodniów i przeszukiwały pojazdy. Wszystko nadaremnie. Niemcom nie udało się wpaść na jakikolwiek trop. Polscy pracownicy banku byli przez cały dzień przesłuchiwani przez gestapowców. Chociaż oczywiste było, że akcja nie mogła zostać przeprowadzona bez pomocy kogoś z banku, żadnemu z pracowników nic nie udowodniono. Wszyscy pozostali na swoich stanowiskach i uniknęli represji.
Zdesperowani Niemcy rozwiesili plakaty z obwieszczeniem, w którym obiecywali 1 milion zł. nagrody za wskazanie sprawców napadu i 5 milionów w przypadku odzyskania utraconych pieniędzy.
Na obwieszczeniach „nieznani sprawcy” doklejali białe plakaty z napisem: ,,10 mln dajemy każdemu, kto wskaże następny taki transport”.
Niemcy zostali zasypani doniesieniami, z których żadne nie wnosiło nic do sprawy. Treść jednego z nich stała się głośna w całej Warszawie. Do warszawskiej siedziby Gestapo wpłynął list, którego autor stwierdzał, iż był naocznym świadkiem całego wydarzenia i dokładnie widział jego przebieg, ponieważ mieszka na Placu Zamkowym. Kiedy gestapowcy pełni nadziei udali się pod wskazany adres okazało się, że „świadkiem” jest Zygmunt III Waza stojący na swojej kolumnie.
Nie dość, że Niemcy stracili pieniądze, to jeszcze zostali ośmieszeni.
Ze strony okupantów nie było żadnych represji po tej akcji. Nikogo nie rozstrzelano, a przecież egzekucje stanowiące odwet za zabicie Niemców były wówczas codziennością. Może to świadczyć o stopniu dezorientacji Niemców – prawdopodobnie nigdy nie byli do końca pewni, czy napadu dokonali żołnierze AK, czy też był to napad o charakterze czysto rabunkowym.
Przygotowywana przez kilkanaście miesięcy akcja, której nazwa wzięła się  od banknotu o najwyższym nominale 500 zł. z wizerunkiem górala na awersie oraz górami i Morskim Okiem na rewersie, trwała dwie i pół minuty.
Prof. Tomasz Strzembosz napisał, że ze względu na rozmach i efekty „Akcję Góral” można uznać za jedną z najlepiej przeprowadzonych akcji zbrojnych ruchu oporu w całej okupowanej Europie.

plakat_niemiecki

Niemiecki plakat oferujący nagrodę w wysokości 5 mln złotych za wskazanie sprawców napadu z paskiem dolepionym przez AK. (źródło Wikipedia)

Bibliografia:
A. Kunicki, Cichy front, Warszawa 1969
A. Żupański, Kryptonim „Góral”, Warszawa 2009

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Komentarze z Blox:

2011/06/08 11:36:27
Zuchwała i odważna akcja … przypomina mi tą pod Bezdanami. Świetnie zaplanowana i zrealizowana, mimo tylu przeciwności losu. Nie jestem pewna, ale chyba w jakimś filmie o tamtych czasach ją przedstawiono.:)
2011/06/08 16:44:12
Chyba scenarzyści „Czasu honoru” czerpali inspirację z „Akcji Góral”, ale raczej nie trzymali się kurczowo faktów;)
2011/06/17 17:18:04
Kochany chłopie. To co piszesz z taką lekkością i swobodą to miód na moje serce.
Ogrom faktów tak ciekawie ujętych, że aż zal pewnie niektórych ściska, ze tak nie potrafią.
(mnie też). Przecież to żywcem nadaje się do publikacji książkowej. Nie będę Ci o Panie sponsorem bo jeszcze nie wygrałem stosownej sumy ale choć próbkę gdzieś podrzuć bo blog to profanacja prawie dla takiej literatury. Wiem co gadam jako ten stary wyjadacz lef.
2011/06/18 19:20:29
Wielkie dzięki! TAKI komentarz jest dla mnie najlepszą motywacją do pisania:)Jeden komentarz jest cenniejszy niż kilka tysięcy anonimowych wizyt na blogu. Świadczy o tym, że kogoś interesuje to co napisałem i pozwala się zorientować, co jest OK, a co powinienem zmienić.
Pierwszą stałą czytelniczką mojego blogu, była DAMASCO, później dołączyłeś TY – Wasze komentarze powodują, że widzę jakiś sens w tym co robię i chce mi się pisać – wielce Wam jestem wdzięczny za to!
pozdrawiam :)
Gość: Marcin Skoworodko, host-109-233-89-235.jmdi.pl
2012/08/01 22:25:41
Prosiłbym tylko o poprawienie nazwiska mojego dziadka Zbigniewa Skoworodko ps. Jarko
2012/08/02 21:56:15
W obu opracowaniach, które podałem w bibliografi jest – Zbigniew Skoworotko „Jarko”. Jeżeli moją wiedzę opieram na tych dwóch pozycjach (nie znalazłem innych opracowań), to muszę być konsekwentny i podawać brzmienie nazwiska takie jak podali autorzy tych książek.
Oczywiście temat nie jest dla mnie zamknięty. Jeżeli dysponuje Pan opracowaniami, lub źródłami, z których wynika, że autorzy książek, z których korzystałem są w błędzie, to proszę o kontakt na maila.
Pomimo tego, iż mój blog jest czysto hobbystyczny, a ja nie jestem „zawodowym” historykiem, to zależy mi na tym, aby moje wpisy były jak najbardziej rzetelne i odpowiadały faktom. Nie mam zatem nic przeciwko poszerzeniu bibliografii i skorygowaniu ewentualnych błędów.
z wyrazami szacunku
J.D.
Gość: Doniczka, user-188-33-157-104.play-internet.pl
2012/11/22 22:00:23
Niesamowite. Mam 18 lat,a historia- zwłaszcza II WŚ, to moja pasja, więc konsekwentnie poszerzam wiedzę, jednocześnie jestem bardzo wdzięczna za umożliwianie mi tego właśnie poprzez takie artykuły:) Co ja bym dała żeby o takich rzeczach uczono w szkołach…
Pozdrawiam
2012/11/23 20:59:19
Wygląda na to, że mamy podobne pasje :-) Cieszę się, że tekst się spodobał.
Dziękuję za wizytę na blogu i za komentarz – jak łatwo zauważyć komentarze pod moimi wpisami, są raczej rzadkim zjawiskiem ;-)
Zapraszam częściej i pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.