Te wspaniałe kobiety… Irena Gut – odwaga i poświęcenie

„Czasem sama zastanawiam się, czy to w ogóle mogło się zdarzyć. Czy to byłam ja? Czy byłam tą dziewczyną? Czy naprawdę tam byłam? Czy widziałam jak to się działo? (…) Choć dotknęło to mnie samą nawet teraz nie mogę zrozumieć jak to się mogło w ogóle wydarzyć”.

Mała dziewczynka niezdarnie dreptała w kierunku rzeki po mokrej od porannej rosy trawie. Dziecku towarzyszył kundelek, który idąc tuż obok czujnie się przyglądał. Piesek nie reagował, aż do momentu kiedy mała, zwabiona szumem płynącej wody, stanęła na skraju skarpy. Jeszcze jeden mały kroczek i dziewczynka wpadłaby w bystry nurt rzeki. W tym momencie piesek złapał dziecko za pieluchę i zaczął odciągać do tyłu. Przeciąganie pieluchy trwało dobrych kilka minut zanim całą sytuację dostrzegła matka dziewczynki.
Piesek stał się sławny. Sąsiedzi z całej okolicy chcieli zobaczyć czworonożnego bohatera. Przyszedł rabin z pobliskiej synagogi i proboszcz z miejscowej parafii. Rabin pobłogosławił całą rodzinę, a ksiądz patrząc na dziewczynkę powiedział do jej mamy – Musimy się małej Irence bacznie przyglądać. Bóg ma jakiś plan wobec pani córki.
Owszem, miał…

Irena Gut urodziła się 5 maja 1922 roku w Kozienicach. Miała beztroskie szczęśliwe dzieciństwo, wychowując się z czterema młodszymi siostrami. Na początku lat trzydziestych Gutowie zamieszkali w Kozłowej Górze – małym miasteczku, 6 kilometrów od polsko-niemieckiej granicy. Na ulicy słychać było niemiecką mowę, a szyldy i napisy w języku niemieckim były czymś zupełnie naturalnym. Granica była mocno umowna. Miejscowi swobodnie ją przekraczali, a wielu z nich nie potrafiło się określić, czy są Polakami, czy Niemcami – byli po prostu u siebie. Tuż przed wojną wielu z nich „zapomni” polskiego języka i z dnia na dzień „stanie się” Niemcami…
W wieku kilkunastu lat Irena postanawia, że zostanie wolontariuszką Czerwonego Krzyża. Rozpoczyna naukę w szkole pielęgniarskiej w Radomiu i praktyki w szpitalu. Pielęgniarstwo i biegła znajomość niemieckiego, zadecydują o jej dalszych losach.

Wojna

W chwili wybuchu wojny Irena Gut ma 17 lat.  Kiedy rankiem 1 września 1939 roku idzie do szpitala, na Radom spadają pierwsze niemieckie bomby. Przez następne dni szpitalne sale będą dla niej całym światem. Przybywające rzesze rannych powodują, że cały personel w ogóle nie wychodzi ze szpitala. Po kilku dniach brakuje wszystkiego. Nie ma medykamentów, opatrunków, żywności ani prądu. Jest za to coraz więcej rannych.
Z wojskowym konwojem sanitarnym, do którego zgłosiła się na ochotnika, Irena wycofuje się na wschód w kierunku na Kowno. Wokół chaos, przerażenie, coraz większa rezygnacja, niemieckie bomby i ranni żołnierze.
„Jesteś pielęgniarką? (…) Jego wzrok padł na moją opaskę z czerwonym krzyżem, potem na twarz. – Wyglądasz na dwanaście lat.”
Docierają do Kowna. Zmęczenie, dezorientacja i niepewna przyszłość. Brak informacji z frontu, brak rozkazów. Ludzie zadają sobie pytanie co dalej?
„Byłam najmłodsza ze wszystkich i nikt nie kwapił się niczego mi wyjaśnić. Był z nami generał, którego nazwiska nie poznałam. Wiedziałam tylko, że czekamy na jego rozkazy”.
Wreszcie nadchodzi generał. Rozpięty płaszcz, na nieogolonej twarzy widać wyraźne zmęczenie i rezygnację. – Dziękuję wam za wzorową służbę. Wypełniliście swój obowiązek wobec ojczyzny. Właśnie otrzymałem wiadomość o wkroczeniu Sowietów. Nasza armia przestała istnieć. Polski już nie ma… W ciągu najbliższej nocy 8 żołnierzy popełni samobójstwo…
Ostatnim rozkazem, dowódca zezwala swoim ludziom opróżnić wojskowy magazyn, przy którym stacjonują. Podczas wojny, kiedy pieniądze dewaluują się z dnia na dzień, wódka, tytoń, czy mąka, są najlepszą walutą w wymiennym handlu.
„Tak rozpoczął się pierwszy dzień wygnania we własnym kraju. Ktoś miał jakiś plan, jacyś ludzie założyli komitet organizacyjny, ale nie wiem, kim byli, a oni mną się zupełnie nie interesowali. Musieliśmy iść na południe w kierunku Lwowa i w tym celu trzeba było pokonać ponad pięćset kilometrów.”
Tułaczka byłych żołnierzy i towarzyszących im kobiet trwa, aż do stycznia 1940 roku. Po drodze uciekinierzy koczują w lasach, nie dojadają i żyją w ciągłej niepewności i strachu przed sowieckimi żołnierzami.
„Nie miałam pojęcia, co robimy ani dokąd zmierzamy – nie wierzę, że ktokolwiek z nas je miał. Wydawało się, że ciągle krążymy po jakiejś absurdalnej orbicie wokół Lwowa i nie możemy się z niej wyrwać.”
Co jakiś czas muszą wyjść z lasu, aby zdobyć coś do jedzenia. Trzeba uważać, aby nie trafić przy tym na grasujące wszędzie sowieckie patrole.
Do najbliższej wsi, jak zwykle jadą nocą. Irena pozostaje w ukryciu na czatach. Pozostali wchodzą do wiejskiej chałupy, żeby wymienić wódkę i tytoń na żywność.
Nie wiadomo, czy najpierw zobaczyła snop światła, przecinający mroźne, przejrzyste powietrze, czy warkot silnika sowieckiej ciężarówki.
W takich chwilach zdrowy rozsądek często przegrywa ze strachem. Irena wybiega z ukrycia. Słyszy śnieg skrzypiący pod butami goniących ją sołdatów. Słyszy ich głosy. Przed nią las. Jest coraz bliżej. Tam będzie bezpieczna. Żeby tylko udało się do niego dobiec, żeby się udało… „Prawie mi się udało, prawie.”

Mateczka Rossija

„Znalazł mnie inny patrol. Wyglądałam jak kłębek łachmanów na śniegu. Wrzucili mnie na ciężarówkę. Budziłam się z omdlenia i w nie zapadałam (…) Potem ktoś mnie ściągnął z paki, wokół było jasno. Leżałam na noszach. Jakaś kobieta mówiła do mnie łagodnie po rosyjsku, głaskała po twarzy, sprawdzała, czy nie byłam połamana.”
Lekarka która ją przyjmuje, to Olga Pawłowska – dyrektor szpitala i jej anioł stróż przez najbliższe miesiące. Pielęgniarskie doświadczenie przesądza o jej dalszym losie. Decyzją Pawłowskiej Irena pozostanie w szpitalu i będzie pomagała pielęgniarkom. Ma status więźnia, który nie może opuszczać murów szpitala. Mimo to można powiedzieć, że ma szczęście. Gdyby nie pobyt w szpitalu zapewne podzieliłby los tysięcy Polaków, wywiezionych do syberyjskiej tajgi, albo na stepy Kazachstanu.
Kolejne miesiące upływają na ciągłej pracy w szpitalu i doskonaleniu rosyjskiego, którego wcześniej nie znała. Przygnębiająca jest tęsknota za domem i brak jakichkolwiek informacji o najbliższych. W szpitalu pracuje doktor Dawid – polski Ukrainiec. Jest ordynatorem oddziału chirurgii. Od niego dowiaduje się, że jest w Tarnopolu – sto kilometrów od Lwowa.
Doktor Olgę przenoszą na fiński front. Na jej miejsce przychodzi zgorzkniały i złośliwy politruk. Codzienne propagandowe pogadankami, na które do świetlicy spędzany jest cały personel szpitala, stają się codziennością. Irena nie wie czego może się spodziewać po nowym dyrektorze. Przeczucie podpowiada jej, że niczego dobrego. Nie myli się. „Pewnej nocy po wyczerpującej, trwającej dwadzieścia cztery godziny zmianie obudził mnie jakiś ciężar przygniatający mnie w łóżku, poczułam odór wódki i przepalonych cygar”.
Ratuje ją stojąca w zasięgu ręki butelka z herbatą, która roztrzaskuje się na głowie pijanego lekarza. Nowy dyrektor szpitala zyskuje szramę na głowie, a Irena niebezpiecznego wroga, który od tej pory będzie szukał okazji do zemsty.
Wie, że musi uciekać. Pomaga jej doktor Dawid. Zatrzymuje się u jego znajomej ze studiów, która w małym miasteczku pod Kijowem prowadzi izbę chorych. Jako jej „kuzynka” będzie u niej mieszkać i pomagać w leczeniu pacjentów. Później dowie się, że dyrektor szpitala ogłosił ją niebezpieczną dywersantką, która została złapana i osadzona w więzieniu.
Kiedy okazuje się, że na mocy niemiecko-sowieckiego porozumienia Polacy, którzy znaleźli się na terenie Związku Radzieckiego, mogą przejść na stronę okupowaną przez III Rzeszę, Irena nie ma wątpliwości – muszę wrócić do moich najbliższych.
Niestety droga powrotna prowadzi przez Tarnopol gdzie wiele osób może ją rozpoznać jako „groźną dywersantkę”. Nie ma wyjścia. Musi zaryzykować.
„Byłam o krok od spotkania z rodziną! Musiałam tylko wypełnić jakiś formularz, dostać przepustkę i byłam gotowa do drogi”.
Entuzjazm gaśnie, kiedy okazuje się, że kolejka oczekujących Polaków ciągnie się przez kilka przecznic. Na dokładkę Sowieci wcale nie spieszą się z odprawą. Zapowiada się kilkudniowe oczekiwanie, bez noclegu, prowiantu i w nieprzyjaznym mieście.
Osobną kolejkę przewidziano dla obywateli polskich pochodzenia niemieckiego. Jest nieporównywalnie krótsza i dużo sprawniej załatwiana. Irena po raz pierwszy tej wojny wykorzystuje swoją znajomość niemieckiego. W zestawieniu z niemiecko brzmiącym nazwiskiem, blond włosami i niebieskimi oczami, wypada bardzo przekonująco. Niemiecki oficer nie ma wątpliwości, ze rozmawia z Niemką. Pociąg odjeżdża za kilka godzin.
„Nagle w moim polu widzenia, na szarym tle żwiru pojawiły się czarne żołnierskie buty.”

Prawie była w pociągu, prawie…

Rozpoznali ją żołnierze, którzy pamiętali ją ze szpitala. - Ona jest tym szpiegiem.
Zostaje aresztowana. Komisariat, mała ciemna cela bez okna. Przesłuchuje ją komisarz wyglądem przypominający Stalina. – Gdzie wasza broń? Dla jakiej organizacji pracujecie? Jakie są plany dywersantów? Kto nimi dowodzi? Mówcie!
Sytuacja tragiczna i absurdalna zarazem. Przez dwa dni te same pytania bez odpowiedzi. W końcu komisarz zmienia taktykę. Wypuszcza aresztantkę sądząc, iż ta doprowadzi go do innych członków „organizacji”. Irena z aresztu idzie prosto na stację kolejową. Na peronie stoją niemieccy żołnierze. - Miała Pani szczęście. Pociąg jest spóźniony o dwa dni. Proszę wsiadać. Odjeżdżamy o piątej.

Wszyscy razem

Minęło półtora roku od kiedy z sanitarnym konwojem opuszczała Radom. Wojna nie oszczędziła miasta. Wokół zburzone lub wypalone kamienice. Nazwy ulic zmieniono na niemieckie.
Zgubiła się panienka? Gdzieś panienkę podwieźć? Z dorożki spogląda przyjazna twarz z sumiastymi wąsami i siwymi włosami.
- Ale ja nie mam pieniędzy…
- Takie czasy panienko. Takie czasy. Teraz nie wszyscy płacą.

Dorożkarz zawozi ją do ciotki, u której mieszkała przed wojną.
Nie wiadomo kto jest bardziej zaskoczony. Ona, widokiem swoich najbliższych, czy oni, widokiem córki i siostry, której bezpowrotną stratę już tyle razy opłakiwali. Znowu są razem. Wszyscy.
Rodzinne szczęście nie trwa długo. Niemcy zabierają ojca do Kozłowej Góry, aby uruchomił fabrykę, którą kierował przed wojną. Matka wraz z młodszymi córkami jedzie za mężem. Irena zostaje w Radomiu ze swoją dwa lata młodszą siostrą Janiną.
W okupowanej Polsce nie istnieją bezpieczne miejsca. Kiedy pewnej wrześniowej niedzieli Irena wychodzi z kościoła, czekają już wojskowe ciężarówki. Słowa niemieckiego oficera nie pozostawiają złudzeń.
– Zostaniecie wywiezieni do Rzeszy i będziecie pracować w fabryce. Wy Polacy już od dawna nic nie robicie. Wasze lenistwo się skończyło.

Chyba byłam szczęśliwa

Na szczęście Niemiec się mylił. Nie została wywieziona do Rzeszy. Fabryka amunicji, mieści się w Radomiu. Praca jest ciężka, a wyżywienie mizerne. Po dwóch tygodnia Irena jest skrajnie wyczerpana. Jak to często bywa, o jej dalszych losach decyduje przypadek. Irena mdleje z przemęczenia na oczach niemieckich oficerów kontrolujących fabrykę. Kiedy ją cucą, odzywa się po niemiecku.
- Nazywam się Irene Gut.
– Jesteś Niemką? –
stojący nad nią Niemiec jest szczerze zdziwiony.
- Nie, jestem Polką. Przed wojną mieszkałam na Śląsku.
Niemiec, który z nią rozmawiał, to major Eduard Rugemer – szef całej fabryki. Dzięki jego decyzji Irena trafia do pracy w oficerskiej kantynie, mieszczącej się w hotelu garnizonowym. Zostaje pomocą kuchenną, kelnerką i tłumaczką niemieckiego kucharza, który nie może się dogadać z polskimi dostawcami.
Herr Schulz  - tęgi mężczyzna w średnim wieku okaże się dobrym, życzliwym człowiekiem, który będzie traktował Irenę jak własną córkę. Jej okupacyjna egzystencja poprawia się diametralnie. Po raz pierwszy od wielu miesięcy nie jest głodna, a na dodatek może dokarmiać siostrę i ciotkę. Schulz załatwia zimowe ubrania, a wkrótce spełniając prośbę Ireny, zatrudnia w kantynie jej siostrę.
„Chyba byłam nawet szczęśliwa”.

Postanowienie

Pewnego dnia Irena wygląda przez okno sali balowej, w której rozkłada zastawę przed uroczystą kolacją. Przed chwilą odsłoniła wiecznie zasunięte okienne kotary. „Widok przedstawiał dalszy kawałek miasta, choć w oczy rzucał się drewniany płot z drutem kolczastym łączący się ze ścianą hotelu. Po chwili zrozumiałam. Za płotem było getto…”.
W tym momencie do uszu Ireny dochodzą karabinowe wystrzały. Z ciężarówek wysypują się esesmani, którzy strzelają do uciekających w panice ludzi. Mężczyźni, kobiety, dzieci. Wszyscy chcą się schować przed kulami. Nie mają szans. Na topniejący śnieg upadają kolejne bezwładne ciała, zabarwiając go ciemnymi plamami.
Irena bezwiednie zaciska dłoń na trzymanym nożu. Z rany cieknie wąska strużka krwi, a wypuszczone z rąk sztućce upadają z brzękiem na podłogę. Chce krzyknąć, ale ktoś zamyka jej usta dłonią.
- Bądź cicho! – za nią stoi Schulz.
- Herr Schulz! Co TAM się dzieje!
- Nic nie widziałaś. Pamiętaj. Nie wolno Ci o TYM mówić. Nikomu. Nie wolno Ci płakać. Ci którzy żałują Żydów źle kończą. Bardzo źle. Rozumiesz?
Rozumiała.
W tym dniu postanowiła, że musi IM pomóc. Jeszcze nie widziała jak, ale była pewna, że musi to zrobić.

Ponownie w Tarnopolu

Front przesuwa się na wschód. Fabryka zostaje przeniesiona do Tarnopola. Kantyna oficerska, a z nią wszyscy pracownicy, również. Oprócz dotychczasowych obowiązków, Irena zostaje kierowniczką pralni dla oficerów i ich niemieckich sekretarek. W fabryce pracują Żydzi z pobliskiego getta. Dwunastu z nich zostaje skierowanych do pracy w pralni. Kobiety i mężczyźni. Są w różnym  wieku. Najmłodsza z nich jest w wieku Ireny. Po zakończonej dniówce ciężarówka odwozi Żydów do getta i następnego dnia rano przywozi z powrotem.
- Będę wam pomagać – obiecuję.
- Co ty możesz? Jesteś przecież zwykłą dziewczyną.
- Zaufajcie mi. Zaopiekuję się wami.

W koszach z brudną bielizną, Irena zaczyna przemycać żywność dla pracowników pralni. Dwunastu ludzi przestaje głodować.
- Herr Schulz przydała by mi się dodatkowa pomoc. Mam tyle obowiązków w kuchni i pralni, że przestaję się wyrabiać. Myśli Pan, że da się coś zrobić?
- Porozmawiam z majorem. Może da nam kogoś z fabryki.
Po dwóch dniach stawia się dziesięciu Żydów. Kolejni którzy już nie będą chodzić głodni.
Irena podając posiłki często podsłuchuje niemieckich oficerów. Rozmawiają przy niej o wszystkim zupełnie nie krępując się jej obecnością. W końcu jest zwykłą dziewczyną.
Dzięki podsłuchanym rozmowom Żydzi o wielu akcjach przeprowadzanych w getcie wiedzą z wyprzedzeniem. Nie sposób oszacować ilu z nich uniknęło śmierci dzięki tym informacjom.
Liczba mieszkańców getta systematycznie maleje. Jedni umierają nie wytrzymując niewolniczej pracy w fabryce, inni są wywożeni TAM skąd nikt nie wraca.
Wielu Żydów decyduje się na ucieczkę woląc niepewną egzystencję w okolicznych lasach od pewnej śmierci w getcie.
- Irena musisz nam pomóc – mówi którego dnia Hersz Morris, Żyd pracujący w pralni. On wraz z żoną i drugim małżeństwem postanawiają uciec do lasu i czekać tam na nadejście frontu.
Irena pożyczonym wozem konnym wywozi całą czwórkę, ukrytą pod sianem i workami ziemniaków. Tydzień później dołącza do nich jeszcze dwóch mężczyzn. Przez następne miesiące Irena będzie im dowoziła prowiant i ciepłe ubrania, a nawet materiały do budowy ziemianki, w której będą się ukrywać.
Któregoś dnia wstępuje do małego drewnianego kościoła, przy którym zawsze przejeżdża w drodze do lasu. Wchodzi akurat w momencie, gdy ksiądz wygłasza kazanie. Proboszcz zapewne doskonale zdaje sobie sprawę z ilości uciekinierów ukrywających się w okolicznych lasach. Zachęca do oporu przeciw Niemcom i poucza wiernych, że pomaganie Żydom – „tym, którzy są w gorszym położeniu niż wy” – jest ich obowiązkiem.
- „Chciałabym powiedzieć księdzu o tym, jak… chciałabym powiedzieć o czymś, co się ze mną stało, kiedy złapali mnie Rosjanie”. Wreszcie może zrzucić z siebie ten ciężar. Ten i wiele innych… Ksiądz Józef okazuje się być mądrym spowiednikiem i dobrym człowiekiem.
Wreszcie nadchodzi ten dzień. Irena z podsłuchanej rozmowy dowiaduje się, że getto wkrótce zostanie całkowicie zlikwidowane. Musi coś zrobić żeby uratować pracujących w pralni Żydów.
Wzywa ją do siebie major Rugemer – Irene, postanowiłem zamieszkać w mieście, dość już mam tego hotelu. Wybrałem już odpowiedni dom w zacisznej dzielnicy. Będziesz mi potrzebna jako gospodyni. Tymczasem dopilnujesz wyprowadzki dotychczasowych lokatorów i remontu wnętrza. To wszystko, dziękuję.
Dom okazuje się być okazało willą z pomieszczeniami dla służby znajdującymi się na poziomie piwnicy. W ogrodzie pod altaną znajduje się schron, do którego prowadzi wejście ukryte w piwnicy. Irena już wie gdzie ukryje „swoich” Żydów. Musi tylko zdążyć. Do likwidacji getta pozostaje sześć dni. Sześć dni i sześć ludzkich istnień do ocalenia.
Na dzień przed planowaną likwidacją getta Żydzi z pralni nie wracają po pracy. Wszyscy ukrywają się w schowku w pralni, który wcześniej przygotowali.
Korzystając z tego, że wszyscy mieszkańcy hotelu wyjechali do miasta na uroczyste przyjęcie, Irena przeprowadza uciekinierów do apartamentu majora Rugemera. Ich kryjówką będzie teraz szyb wentylacyjny gdzie cała szóstka spędzi następną dobę. Stan w jakim major wraca z imprezy ułatwia zadanie – niemożliwe żeby coś zauważył.
Kiedy sześcioro Żydów siedzi w łazience majora Rugemera, w mieście rozgrywają się dantejskie sceny – trwa likwidacja getta.
Następnej nocy cała szóstka wymknie się z hotelu i szczęśliwie dotrze do swojej nowej kryjówki – willi majora Rugemera.

Mała stabilizacja

Dla dziesiątki ukrywających się Żydów kwatera niemieckiego oficera stanie się bezpiecznym azylem. Przez następne miesiące życie w willi przebiega według ustalonego schematu. Kiedy przebywa w niej major, lub jego goście, uciekinierzy siedzą w piwnicy, albo chowają się w schronie. Gdy major wychodzi Irena zamyka za nim drzwi, a klucz pozostawia w zamku. W ten sposób drzwi nie można otworzyć z zewnątrz, a domownicy mogą swobodnie poruszać się po całym domu. Muszą tylko pamiętać żeby przed powrotem majora zatrzeć wszystkie ślady swojej obecności.
Niestety po kilku miesiącach sprawdziła się zasada, zgodnie z którą jak coś idzie za dobrze, to należy spodziewać się najgorszego.
Wszystko zaczęło się w sobotę po południu. Wracająca do domu Irena została zagarnięta przez kordon esesmanów i wraz z tłumem przypadkowych ludzi zatrzymana na głównym placu w mieście.
Wyprowadzono dwie rodziny – żydowską i polską. Ci pierwsi byli ukrywani przez tych drugich. Potraktowano ich jednakowo. Wszyscy, nie wyłączając małych dzieci, zostali publicznie powieszeni. Życie Polaków było warte dokładnie tyle samo, co ukrywanych przez nich Żydów.
Irena zasłabła i prawie straciła przytomność. Nie przewróciła się tylko dlatego, że w panującym tłoku nie mogła upaść.
Do domu wrócił blada i roztrzęsiona. Była w takim stanie, że zapomniała zostawić klucz w zamku. Ten jeden jedyny raz zapomniała.
Analiza przyczyn różnych katastrof często wskazuje, że do tragedii doprowadził drobiazg i niefortunny zbieg okoliczności. To zadziwiające jak szczegóły, na które w innej sytuacji w ogóle nie zwrócilibyśmy uwagi mogą spowodować brzemienne w skutkach konsekwencje.
W tym dniu major Rugemer wrócił do domu wcześniej. W zamku nie było klucza

Wybieram życie

„Klara i Fanka stały naprzeciw majora Rugemera nieruchomo jak figury z kamienia, a major wpatrywał się w nie ze śmiertelnym osłupieniem. Twarz zaczęła mu drżeć z emocji, jednak bez słowa odwrócił się na pięcie i wyszedł. Drzwi od kuchni kiwały się na zawiasach tam i z powrotem.”
Cena za jaką major obiecuje nie wydać ukrywających się Żydów jest wysoka. Bardzo wysoka. Tej nocy Irena nie spędzi we własnej sypialni.
Nie może sobie z tym poradzić. Nie ma z kim porozmawiać. Nie ma się komu zwierzyć. „Widziałam, że ten ciężar muszę znosić sama. Nigdy nie będę mogła powiedzieć przyjaciołom, jaka jest cena za ich bezpieczeństwo. Nigdy by mi nie pozwolili, abym ją zapłaciła”.
Mając w pamięci rozmowę z księdzem Józefem idzie do najbliższego kościoła chcąc się wyspowiadać.
– Proszę księdza, zostałam kochanką niemieckiego oficera, aby ocalić życie moich żydowskich przyjaciół.
- To grzech śmiertelny, moje dziecko – słyszy w odpowiedzi.
- Ale proszę księdza, jeśli tego nie będę czynić, oni stracą życie.

- Jeśli to będziesz czynić, stracisz swoją nieśmiertelną duszę. To są Żydzi.
Tym razem w konfesjonale nie było spowiednika. Był tępy klecha, który minął się z powołaniem…
Irena decyduje, że przyszłe zbawienie jej nieśmiertelnej duszy może poczekać. Wybiera teraźniejszość. Wybiera życie swoich przyjaciół.

Epilog

Wszyscy ukrywani przez Irenę Żydzi szczęśliwie doczekają nadejścia frontu i przeżyją wojnę. Jedna z kobiet ukrywających się w willi urodzi synka – uratowanych będzie więc o jednego więcej.

Irena i uciekinierzy z getta, których uratowała – Kraków 1945r. (zdjęcie z www.irenasvow.com)

Po ucieczce z Tarnopola Irena znajduje schronienie w Kielcach. Tam zaangażuje się w działalność konspiracyjną i zaręczy się. Jej narzeczony Jan Ridel, u którego rodziców zamieszkała po przybyciu do Kielc, jest dowódcą oddziału AK.
Termin ślubu zostaje wyznaczony na 5 maja 1944 roku – dzień urodzin Ireny. Tuż przed ślubem Janek dostaje informację o planowanym ataku na niemiecki transport wojskowy. Ma dowodzić całą akcją.
W nocy z 2 na 3 maja, dwa dni przed ślubem Jan Ridel ginie podczas ataku.
Kolejny cios. Irena stara się zapomnieć angażując się całkowicie w pracę w konspiracji. Po kilku miesiącach, skrajnie wyczerpana i z zapaleniem płuc, ponownie ląduje w mieszkaniu swoich niedoszłych teściów. Powrót do zdrowia trwa kilka miesięcy. W tym czasie Armia Czerwona po zajęciu całej Polski zbliża się do Berlina.
Kiedy tylko stan zdrowia na to pozwala Irena wyrusza na poszukiwanie swojej rodziny, z którą straciła kontakt podczas wojennej zawieruchy.
W Katowicach zostaje aresztowana kiedy idzie ulicą. Ktoś ją rozpoznaje i ujawnia jej konspiracyjną przeszłość. Po raz drugi trafia do celi sowieckiego więzienia. Przez kolejne dni trwają nieprzerwane przesłuchania. Sowieci polują na oddział partyzancki, w którym służyła Irena i który nadal ukrywa się w okolicznych lasach.
Któregoś dnia wykorzystuje nieuwagę strażników. Zauważa, że między oknem a kratą jest dla niej wystarczająco dużo miejsca. Ktoś większy by się nie zmieścił, ale jej się udaje. Skacze z pierwszego piętra i dociera do mieszkania swoich żydowskich przyjaciół, których ukrywała.
Jest poszukiwana przez Sowietów w całej okolicy jako groźna kryminalista i dowódca oddziału partyzanckiego.
Role się odwracają. Teraz ona ukrywa się u ludzi, którym uratowała życie. Dzięki nim dowiaduje się o losach swojej rodziny.
Niestety nie są to dobre wiadomości.
Okazuje się, że jej ojciec zginął na kilka miesięcy przed końcem wojny. Został zastrzelony przez pijanych niemieckich żołnierzy, którym nie zszedł z drogi.
Matka i siostry siedzą w areszcie. Sowieci odnaleźli je po ucieczce Ireny z więzienia i aresztowali.
Nie ma dla niej miejsca w „nowej” Polsce. Nic ją tutaj nie trzyma.
Dzięki pomocy żydowskich przyjaciół, którzy załatwiają jej dokumenty na fałszywe nazwisko, Irena może wyjechać z Polski.
Żeby ratować życie musi uciekać do Niemiec – historia potrafi być przewrotna.
W obozie dla uchodźców poznaje pracownika Organizacji Narodów Zjednoczonych Williana Opdyke’a, za namową którego emigruje do USA. Po przyjeździe na nowy kontynent spotyka go ponownie. Pobierają się i Irena rodzi córkę – Janinę. Zamieszkują w Kalifornii, gdzie Irena przez wiele lat pracuje jako dekoratorka wnętrz.

W dniu ślubu – 1956r. (zdjęcie z www.irenasvow.com)

W 1982 roku Irena Gut Opdyke zostaje odznaczona medalem Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata.
W 1984 roku po raz pierwszy po wojnie przyjeżdża do Polski. Spotyka się ze swoimi siostrami i ich rodzinami.
W 1999 roku spisuje swoje wspomnienia w książce „In My Hands”.
Irena Gut Opdyke umiera 17 maja 2003 roku w Kalifornii – właśnie minęła rocznica jej śmierci.
25 września 2008 roku synagodze Park East na Manhattanie, Irena Gut Opdyke została pośmiertnie odznaczona Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski. Odznaczenie odebrała córka.
W roku 2008 roku na deskach Baruch Performing Arts Center w Nowym Jorku wystawiono sztukę „Irena’s Vow” której scenariusz oparto na książce „In My Hands„. W rolę Ireny wcieliła się jedna z czołowych żydowskich aktorek teatralnych, Tovah Feldusz, którą tak zafascynowała postać Ireny, że w poszukiwaniu związanych z nią miejsc, zwiedziła Polskę i Ukrainę.
W Polsce postać Ireny Gut jest praktycznie nieznana. Dopiero w 2010 roku na księgarskich półkach pojawiła się książka „Ratowałam od zagłady” autorstwa Jennifer Armstrong, która w oparciu o wspomnienia Ireny Gut Opdyke, potwierdzone i zweryfikowane dokumentami znajdującymi się w Yad Vashem, opowiedziała jej historię.
Książka została wydana przez  wydawnictwo ZNAK i praktycznie przeszła bez echa.
Kilka miesięcy później to samo wydawnictwo pokazało, że jednak wie jak powinna wyglądać promocja książki. O wydanych przez Znak „Złotych Żniwach”, głośno było zanim jeszcze książka trafiła do sprzedaży.
Okazało się, że nikczemność sprzedaje się dużo lepiej od przyzwoitości, a książka o pozytywnych ludzkich postawach – żeby nie nadużywać słowa bohaterstwo – nie ma szans na to, aby stać się „bestsellerem”…
Pytanie tylko, czy świadczy to o gustach czytelników, czy o preferencjach wydawców?

Cytaty pochodzą z:
I. Gut Opdyke i J. Armstrong, Ratowałam od zagłady, Kraków 2010

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Komentarze z Blox:

2011/05/25 08:06:14
Zainteresowała mnie postać tego hitlerowca Czy on pozwolił im dalej tam mieszkać? Właśnie zakupiłam „Złote żniwa”. Mój mąz jest już po lekturze i nie uważa jej za nikczemność. Ja jeszcze nie mam swego zdania. A Ty przeczytałeś?
2011/05/25 20:56:03
Chyba mój „skrót myślowy” był zbyt krótki :-) Również nie uważam „Złotych żniw” za nikczemność.
Pisząc o nikczemności i przyzwoitości nie oceniałem ani książek ani tym bardziej ich autorów.
Zwróciłem jedynie uwagę na to, że opis tego jak nisko może upaść człowiek stał się księgarskim hitem, a tego jak wysoko może się on wznieść, przeszedł zupełnie niezauważony i zastanawiałem się przy tym jaka jest tego przyczyna.
Porównałem akurat te dwa tytuły, ponieważ zostały wydane mniej więcej w tym samym czasie, przez to samo wydawnictwo, a wspólnym „mianownikiem” są dla nich Holokaust i Żydzi.
Zauważ, że te dwie książki leżą w księgarniach na tej samej półce, a często nawet bezpośrednio obok siebie.
W jednym ze sklepów internetowych spotkałem się nawet z ofertą „dwupaku”, czyli obie te książki są sprzedawane razem.
Wynika z tego, że nie jestem jedyną osobą, która zauważa pewne podobieństwa;-) Major Rugemer był przekonany, że w willi ukrywają się tylko te dwie Żydówki, które widział w kuchni. Do samego końca nie miał pojęcia, że ukrywających się jest tak dużo.
Po wojnie rodzina się go wyparła, za to że miał polską kochankę i … przygarnęła go jedna z rodzin, które ukrywały się w willi – taki „zakręt” historii ;-)
2011/05/26 08:54:34
Przepraszam Cie Jonaszku za złe zrozumienie. Po Twoich wyjasnieniach widzę, że to ja popełniłam błąd interpretacyjny.
Dwupak tych książek jest troszeczkę dziwny … mam wrażenie, że ktoś próbuje usprawiedliwiać historię. Sądzę, że raczej taka jest intencja. Nie lubię takiego podtykania mi pod nos, żebym czasami nie pomyliła się we właściweym odczytywaniu historii.
Niesamowity zakręt historii z tym majorem … i jak tu można dzielić świat na czarny i biały. :)
2011/05/26 19:07:03
Cóż za wspaniała historia i jak świetnie opowiedziana. Choć czytałem dużo „rzeczy” okupacyjnych, z pewnym wahaniem sięgnąłem po audiobook „Na aryjskich papierach” Bronisława Szatyna. Słuchałem przed moimi wyjazdami do późnej nocy i w ciągu dnia – niemal zachwycony. Tak pozytywnie i rzeczowo napisanego pamiętnika nie czytałem już dawno. Natychmiast odszukałem tą książkę na Allegro i kupiłem chyba za 7 zł. Dałbym i 50 gdyby była trudna do zdobycia. Cóż to za wspaniały człowiek o niezwykłej osobowości. Polecam.
Dziękuję za ten temat. Nie mogę myśleć o jakiejkolwiek kwestii żydowskiej. Mogę myśleć tylko o głupocie ludzkiej, która niestety nie zna granic, a myślenie zastępują stereotypy powielane często w dni świąteczne.
2011/05/26 20:50:44
damasco@
myślę, że pomysł z „dwupakiem”, to raczej kwestia marketingu, a nie zamierzonego „prostowania” historii :). Ja widzę pozytyw w postaci promocji książki, na którą w innym przypadku nikt nie zwróciłby uwagi.
Uważam, że książki Grossa są ważne. Są ważne dlatego, że zwracają naszą uwagę na rzeczy, o których do tej pory nie wiedzieliśmy, albo udawaliśmy, że ich nie było.
Przyznasz jednak, że gdyby ktoś swoją wiedzę o stosunkach polsko-żydowskich czerpał wyłącznie z tego co pisze i mówi Gross, to wiedza ta byłaby delikatnie mówiąc niepełna – żeby nie powiedzieć tendencyjna.
Dlatego przeczytanie o Irenie Gut, nawet jeśli ktoś nam to nachalnie podtyka pod nos w „dwupaku”, nie zaszkodzi – tak dla „równowagi” :-)
2011/05/26 21:02:59
mareklef@
Też trochę czytałem o okupacji i w ogóle o okresie II wojny, ale ostatnio miałem dłuższą przerwę, więc teraz ciągle odkrywam coś nowego :)
Dzięki za przypomnienie o tej książce. Kiedyś chciałem ją przeczytać, ale najpierw brakowało czasu, a później zwyczajnie o niej zapomniałem. Właśnie znalazłem ją na Allegro – ceny od ok. 2 zł. w górę – czyli stać mnie :-)
2011/05/28 23:22:08
Ja tak na marginesie tylko wtrącę, że jeśli ten blog nie jest życiowy to nie wiem jaki jest… Tylko ten nie jest o głupotach tylko porusza i daje do myślenia…

6 Komentarze

  1. Historia ciekawa. Interesująca kobieta. Niestety już jej nie ma, nie żyje, a szkoda. Największa szkoda że takie osoby nie są w Polsce szeroko omawiane, mamy polska bohaterkę w ratowaniu Żydów – Irenę Sendler. W jej przypadku się udało szeroko ją „rozreklamować” jeszcze za jej życia. A przecież sprawiedliwych jest u nas więcej, jednak temat nie za bardzo medialny, muszę przyznać że coś w tym jednak jest że pozytywne historie sprzedają się gorzej niż te niepozytywne. Może warto byłoby zająć się tymi sprawiedliwymi którzy jeszcze żyją , pewnie jeszcze jacyś są i po tylu latach od tych wydarzeń pokazać im że świat o nich nie zapomniał, że można ich bohaterską i ludzką postawę przybliżyć ludziom aby nie zapomnieli że w życiu nie zawsze liczą się tylko pieniądze i stereotypy. Aby pokazać wszystkim że taką godną postawą zasłużyli na nasz szacunek. Musimy pamiętać również o tych drugich , o tych o których nie chcemy słuchać, o tych o których pisał Gross, jednak nie poprzestawajmy na Grosie bo w sumie książka marna, krótka bez żadnej większej wartości , przeczytajcie „Czy ja jestem mordercą”, Calela Perechodnika, mi ta książka wystarczyła za wszystkie do tej pory przeczytane. A przeczytałam sporo w tej tematyce.

    • Mam świadomość, że interpunkcja to nie jest moja najmocniejsza strona – moje teksty pewnie byłyby koszmarem każdego redaktora. ;-)
      Dziękuję za uwagi i pozdrawiam

  2. Do: damasco_kobieta – tak pozwolił im dalej mieszkać, nie pamietam tylko jak dlugo, bo książę ” In my hands” czytałam już dawno. Wydana tylko po angielsku, ale jesli ktoś zna język to wato.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.