Stanisław Jankowski „Agaton” – najlepszy fałszerz wśród architektów

Natychmiast po przegranej wojnie obronnej w 1939 roku podjęto działania zmierzające do kontynuowania walki w konspiracji. Jakiekolwiek formy oporu, a często nawet zwyczajne przetrwanie w okupowanym kraju, byłyby jednak niemożliwe, gdyby nie fałszywe dokumenty, które dawały bezpieczną tożsamość i często ratowały życie.Spośród wszystkich oddziałów Armii Krajowej zajmujących się tzw. techniką i legalizacją, najbardziej znany jest słynny „Agaton”, którym kierował cichociemny Stanisław Jankowski. 

agaton_portret
Stanisław Jankowski
urodził się 29 września 1911 roku w Warszawie. Miał dwoje rodzeństwa. Starszy brat Andrzej był inżynierem rolnikiem, a młodsza siostra Maria – lekarką. Czesław Jankowski, ojciec Stanisława, był adwokatem i urzędnikiem Warszawskiego magistratu. Dzieci pieszczotliwie wołały na swojego tatę „Burek”. To żartobliwe przezwisko będzie pierwszym pseudonimem Jankowskiego, kiedy w marcu 1942 roku jako cichociemny wyląduje w okupowanym kraju. Matka – Elżbieta ze Śliwickich, zajmowała się domem i wychowaniem dzieci. Miała opinię ciepłej i dobrej osoby obdarzonej niezwykłym poczuciem humoru.
W 1929 roku Stanisław Jankowski podął studia na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej, gdzie poznał swoją późniejszą żonę, Zofię Garlicką. Po studiach odbył służbę w podchorążówce na Wołyniu. W 1938 roku wrócił na uczelnię, gdzie został asystentem i podjął pracę w pracowni architektonicznej prof. Pniewskiego. 

Wojna.

Zmobilizowany 3 września 1939 roku, zostawia w domu żonę z kilkumiesięczną córeczką Magdalenką i wyrusza na wojnę. Kiedy 17 września wkraczają Sowieci, Jankowski ze swoim oddziałem jako ostatni przekracza polsko-litewską granicę. Za nimi są już sowieckie czołgi. Zostaje internowany. Przedostaje się na Łotwę i stamtąd przez Rygę, Sztokholm, Kopenhagę, Amsterdam i Brukselę, 10 listopada 1939 roku dociera do Paryża. Po klęsce Francji udaje mu się uniknąć niewoli. Ewakuuje się brytyjskim okrętem. 21 czerwca 1940 roku, Stanisław Jankowski na pokładzie korwety HMS „Vigilliant” wpływa do Plymouth. Dokładnie w tym samym dniu, w Palmirach pod Warszawą, Niemcy rozstrzelali jego ojca i brata.
Wraz z innymi polskimi żołnierzami, którym po klęsce Francji udało się szczęśliwe dopłynąć do brytyjskiego brzegu, Jankowski zostaje zakwaterowany w Szkocji gdzie dostaje przydział do 1 Dywizjonu Artylerii Lekkiej. Podobnie jak większość jego kolegów w tamtym okresie, tęskni za krajem i chce natychmiast walczyć z wrogiem. Będąc na urlopie w Londynie zgłasza się do Sztabu, gdzie deklaruje gotowość powrotu do okupowanego kraju. 

Cichociemni.

Wkrótce dostaje wezwanie na Kurs Doskonalenia Administracji Wojskowej. W wyznaczonym dniu stawia się w dowództwie korpusu, poirytowany tym, że ktoś zawraca mu głowę administracją, z którą nigdy w życiu nie miał nic do czynienia. Na miejscu przyjmuje go sympatyczny pułkownik w średnim wieku, który jak się wkrótce okazuje, jest oficerem wywiadu, a z administracją wojskową ma równie mało wspólnego co Jankowski. Kurs Doskonalenia Administracji Wojskowej, to w rzeczywistości roczne szkolenie przyszłych agentów wywiadu, którzy mają być przerzuceni do okupowanego kraju.
Upragniony powrót do Kraju i walka z okupantem, z dnia na dzień stają się bliższe niż to się do tej pory wydawało.
Jankowski przechodzi szkolenie i staje się cichociemnym. Zostaje zakwaterowany w „Siedemnastce”, czyli stacji, gdzie cichociemni w pełnej gotowości oczekują na lot do kraju.
W końcu nadchodzi upragniony moment. Kiedy na płycie lotniska czeka już gotowy do lotu samolot, a sześcioosobowa ekipa cichociemnych odlicza minuty do odlotu, w drzwiach oficerskiej mesy staje angielski oficer, który lakonicznie oświadcza – No operations today – nie lecicie dzisiaj.
Przez następne sześć tygodni sytuacja będzie się powtarzała kilkakrotnie. Kolejne loty do Polski są odwoływane z powodu złych warunków atmosferycznych.
Wreszcie 25 lutego 1942 roku Jankowski i jego cichociemni towarzysze słyszą upragnione – Operation today. Kiedy samolot jest już nad Polską, od nawigatora dowiadują się, że nie mogą skakać. Gęsta mgła uniemożliwia dokładną nawigację i odnalezienie placówki, która miała podjąć skoczków. Wracają. Są pierwszą grupą skoczków, która zawróciła.
Ponownie wylatują 27 lutego 1942 roku. Załoga samolotu ponownie składa się z samych Polaków, a nawigatorem jest kolega Jankowskiego ze szkolnych lat – kapitan Antoni Voellnagel. Samolot zostaje ostrzelany przez niemiecką obronę przeciwlotniczą i traci jeden z silników. Znowu muszą przerwać lot. Uszkodzona maszyna, lecąc na trzech silnikach, wraca na macierzyste lotnisko.
Dwa miesiące później Halifax nr 9613, którym lecieli, rozbija się w Alpach, podczas lotu do Austrii. Cała załoga samolotu ginie. 

Z powrotem w kraju.

W końcu limit pecha zostaje wyczerpany. Szóstka cichociemnych w nocy z 3 na 4 marca 1942 roku, ląduje na polanie pod Wyszkowem, a już następnego dnia o godzinie 8 rano Stanisław Jankowski „Burek” wysiada na Dworcu Głównym w Warszawie.
Aklimatyzuje się w nowych warunkach, dużo chodzi po mieście. Nie chcąc, aby rodzina dowiedziała się o jego obecności od przypadkowych ludzi, kontaktuje się ze swoją żoną Zosią. Okazuje się, że żona wraz ze swoją matką Zofią Garlicką działają w konspiracji. W przedwojennym mieszkaniu Jankowskich na ul. Topolowej w Warszawie zorganizowana jest kryjówka dla zbiegłym z niemieckiej niewoli angielskich lotników, nazywanych w konspiracyjnej nomenklaturze „dorszami”. W mieszkaniu Jankowskich ukrywa się też dr Natalia Zandowa, która uciekła z getta.
Nigdy nie wyjaśniono, czy gestapo trafiło do mieszkania przy ul. Topolowej 8, idąc tropem angielskich lotników, czy też poszukując zbiegłej uciekinierki z getta.
Życie ludzkie w okupowanej Warszawie nie miało jednakowej wartości. Natalia Zandowa – Żydówka, zostaje rozstrzelana na miejscu. Zofia Jankowska i jej matka Zofia Garlicka trafiają do obozu w Oświęcimiu.Według urzędowego zawiadomienia z Gestapo doktor Zofia Garlicka zmarła w Oświęcimiu 18 listopada, Zofia Jankowska – 13 grudnia 1942 roku. A według relacji naocznego świadka, Seweryny Szmaglewskiej, matka przeżyła córkę – urzędowe daty zgonów są fałszywe.Angielscy lotnicy zostają aresztowani i odesłani do oflagu, gdzie doczekają końca wojny. O losach pozostałych mieszkańców ul. Topolowej 8, dowiedzą się ponad dwa lata później, od Stanisława Jankowskiego, który po Powstaniu tafi do tego samego obozu jenieckiego. 

Konspiracja.

Po kilku tygodniach aklimatyzacji Jankowski otrzymuje polecenie zorganizowania, Wydziału Legalizacji i Techniki II Oddziału (Wywiadu) Komendy Głównej AK, którym ma dowodzić. Na potrzeby swojej działalności Jankowski ma do dyspozycji konspiracyjny lokal i pomoc jednej łączniczki – resztę ma zorganizować sam. Stopniowo werbuje kolejnych ludzi. Najczęściej są to znani mu z przed wojny architekci i fotografowie. Ostatecznie w zespole pracuje 40 zaprzysiężonych żołnierzy konspiracji, wspomaganych przez całą rzeszę cywilów. Wśród nich są urzędnicy miejscy, pracownicy drukarni, sklepów, a nawet najlepsi warszawscy kieszonkowcy, którzy „ku chwale ojczyzny”, regularnie opróżniają kieszenie niemieckich oficerów, dostarczając najnowsze wzory legitymacji i przepustek.

Po częstych zmianach kryptonimów, będących konsekwencją aresztowań i „wsyp”, w styczniu 1944 roku Wydział otrzymuje nazwę „Agaton”, z którą już zawsze będzie kojarzony i pod którą pójdzie do Powstania. Zgodnie z konspiracyjną tradycją, Jankowski jako dowódca, przyjmuje nowy pseudonim. Od tego momentu, aż do końca wojny będzie „Agatonem”.
Pod kierownictwem Jankowskiego, Wydział Legalizacji i Techniki, rozrasta się do rozmiarów sporego, świetnie zorganizowanego przedsiębiorstwa wytwarzającego tysiące fałszywych dokumentów oraz produkującego pomysłowe skrytki na broń i materiały wywiadowcze.
Dział fałszywych dokumentów „Agatona” obejmował pracownie i (…) „samodzielne stanowiska pracy” (…) Osiem komórek legalizacyjnych (w porządku chronologicznym): „Gajewski”, „Żmijewski”, „Ambas”, „Blikle”, Franaszek”, „Pomianowski”, „Piekarnia” i „Wedel”. Dwie fotograficzne: „Senex”, „Inżynier”, i dwa archiwa: „Domek” i „Zachęta”. Ponadto współpracowali z nami liczni „kooperanci”: drukarnie, wytwórnie pieczęci, składnice papieru, sklepy.
W całej okupowanej Europie nie było dokumentu, którego nie dałoby się podrobić w pracowniach „Agatona”.
W okresie pełnej rozbudowy „Agatona” (…) nasze pracownie wystawiały miesięcznie około tysiąca fałszywych dokumentów o bardzo różnym asortymencie. Od prostego nachtausweisu – przepustki nocnej (…) do skomplikowanych, różnojęzycznych dokumentów zagranicznego kuriera jadącego z Warszawy przez Niemcy – Francję do Hiszpanii, który w ciągu podróży zmieniał pociągi, osobowość i komplety dokumentów. Dokumenty podrabiano z taką perfekcją, że zdarzało się, iż nawet instytucje, które rzekomo je wystawiły, potwierdzały ich autentyczność.
Jedna z łączniczek AK, złapana podczas ulicznej łapanki, nie zdążyła zniszczyć fałszywej legitymacji, według której była zatrudniona jako urzędniczka niemieckiej poczty Deutsche Post Osten – DPO. Legitymacja wyglądała na autentyczną, więc następnym etapem weryfikacji był telefon do DPO w celu potwierdzenia, czy jej posiadaczka jest u nich zatrudniona.
Nazwisko w legitymacji aresztowanej nie zgadzało się z kartoteką DPO. Więc legitymacja fałszywa. W DPO poproszono jednak o przesłanie legitymacji do sprawdzenia. Po czym wyjaśniono poufnie, że legitymacja jest prawdziwa. Na polecenie Gestapo DPO przekazała im kilka legitymacji ostemplowanych i podpisanych in blanco. To widocznie jedna z tych. Dalej już nie sprawdzali.
Z dokumentów podrobionych przez pracownie „Agatona” korzystał m.in. Kazimierz Leski „Bradl”, który w mundurze niemieckiego generała, podróżował po okupowanej Europie .
Jedną z pierwszych czynności jakie wykonywał każdy niemiecki oficer przyjeżdżający z frontu, była wymiana kartek żywnościowych. Nie inaczej było z „Bradlem”, który przy każdej wizycie w Paryżu, na koszt niemieckiej armii, „dokarmiał” siebie i współpracujących z nim Francuzów.
Przyjechawszy kiedyś do Paryża, pojechałem oczywiście do Komendy Miasta w celu zameldowania się, otrzymania hotelu i zamiany kartek. W momencie, gdy podchodziłem do właściwego okienka, stał przy nim jakiś oficer. Stanąłem więc za nim, trzymając w ręku m.in. cały arkusz, wielkości około A-4, znaczków na masło. Każdy taki znaczek opiewał na 5 g masła, a że znaczki były małe (niemiecka oszczędność papieru), więc w arkuszu było ich wiele. Czekając na moją kolej już w myśli siadałem w cieniu drzew nad Sekwaną i zajadałem bagietkę bardzo grubo posmarowaną masłem, gdy nagle, w pewnym sensie podświadomie, usłyszałem przede mną ożywioną wymianę opinii na temat znaczków przedstawionych przez mojego poprzednika, w której zarzucano mu, że są one niewłaściwe. To oczywiście wyrwało mnie momentalnie z marzeń. Zanim jednak zdążyłem powziąć jakąś decyzję, z okienka wysunęła się ręka, złapała moje znaczki i podstawiła tamtemu po oczy. I wtedy usłyszałem: „Proszę patrzeć. To są właściwe znaczki. Takie powinny być pańskie”. I to był chyba najwspanialszy komplement, jaki można było powiedzieć „Agatonowi” i jego kolegom.
Oprócz podrabiania dokumentów, do zadań „Agatona” należało również projektowanie oraz produkcja skrytek i opakowań służących do przechowywania i przenoszenia tajnej poczty. Zajmowała się tym pracownia o kryptonimie „Bracia Pakulscy”, która zapożyczyła swoją nazwę od renomowanej sieci przedwojennych warszawskich sklepów spożywczych.
Do robienia stałych skrytek doskonale nadawały się szafy, biurka, kredensy oraz futryny drzwiowe. Kiedy trzeba było schować przedmioty większych rozmiarów, wykorzystywano grube stropy warszawskich kamienic, instalując skrytki w podłodze mieszkania.
Nasze podłogowe skrytki mimo typowych rozwiązań przeszły nierozpoznane przez niejedną wpadkę lokalu i rewizję gestapo, a w kilku wypadkach ostały się w budynkach częściowo zburzonych lub wypalonych podczas Powstania (…)
Przenośnymi skrytkami były, specjalnie przystosowanego do tego celu torby i walizki z podwójnym dnem, wydrążone drewniane laski i co najciekawsze – jadalne artykuły spożywcze.
Na skrytki do jednorazowego użytku dobre były (…) owoce i jarzyny. W dużej cebuli mieścił się film małoobrazkowy(…) Poczciwa głowa kapusty lub melon były skutecznym pokrowcem dla nowego nakładu fałszywych nocnych przepustek. O każdej porze roku przydatne było pieczywo, kiełbasa, rąbanka.
O pomysłowości, precyzji i możliwościach technicznych pracowni „Braci Pakulskich” świadczy konstrukcja specjalnego ołówka, w którym zamiast części grafitu ukryto odpowiednio spreparowany mikrofilm. Ołówek umieszczony w kieszeni munduru generała von Hallmana, czyli Kazimierza Leskiego „Bradla”, bezpiecznie przewiózł bezcenne materiały wywiadowcze.
Zdobyte przez polski wywiad plany niemieckiego myśliwca odrzutowego, który miał dopiero wejść do produkcji, po ich uprzednim zminiaturyzowaniu, przebyły drogę do Londynu w rączce skórzanej teczki.
Do obozów jenieckich oraz skupisk robotników przymusowych deportowanych do Rzeszy, w specjalnie przygotowanych paczkach, przesyłano informacje, teksty czasopism i książek. Do oflagów, w których przebywali polscy oficerowie udało się przemycić specjalnie skonstruowane odbiorniki radiowe, mapy i pieniądze, a nawet broń krótką. O skali trudności takiego przedsięwzięcia niech świadczy fakt, że obozy jenieckie były pod szczególną kontrolą Abwehry i Gestapo, które drobiazgowo sprawdzały każdą paczkę przesyłaną jeńcom .
Działalność Wydziału Legalizacji i Techniki II Oddziału Komendy Głównej AK -„Agaton” trwała nieprzerwanie do wybuchu Powstania.
1 sierpnia 1944 roku porucznik Stanisław Jankowski wyrusza do Powstania na czele plutonu „Agaton” w batalionie „Pięść”. Walczy na Woli, i na Starym Mieście, skąd wraz ze swoim plutonem przedziera się na Żoliborz. Udaje mu się przedostać do lasów Kampinoskich w celu sprowadzenia stacjonujących tam jednostek partyzanckich.
Po upadku Powstania Warszawskiego dostaje się do niemieckiej niewoli i zostaje osadzony w obozie pod Norymbergą.

Stanisław Jankowski „Agaton” na czele powstańczego patrolu – jedno z najbardziej znanych zdjęć z okresu Powstania Warszawskiego (źródło Wikipedia)



Po zakończeniu wojny Stanisław Jankowski wyjeżdża do Anglii. Na Uniwersytecie w Liverpoolu, gdzie znajduje się najstarszy w Anglii wydział urbanistyki, kończy studium urbanistyczne. 

Odbudowa.

8 września 1946 roku zaopatrzony w kilkadziesiąt książek o architekturze i urbanistyce, które kupuje z funduszy uzyskanych ze Sztabu VI Oddziału PSZ w Londynie, wraca do Polski i zgłasza się w Biurze Odbudowy Stolicy.
Jest jednym z nielicznych cichociemnych, którzy po powrocie do kraju unikają stalinowskich represji. Sytuacja jest tak nietypowa, że dawni towarzysze broni, przez dłuższy czas, odnoszą się do niego z nieufnością podejrzewając, że współpracuje z komunistyczną bezpieką. Jak się później okaże, podejrzenia są bezpodstawne – Jankowski, jako „niepewny element”, jest inwigilowany przez bezpiekę do końca lat pięćdziesiątych. Trudno się jednak dziwić postawie jego kolegów z konspiracji. Przypadek Jankowskiego jest bowiem niespotykanym precedensem. W końcu był cichociemnym i oficerem wywiadu Armii Krajowej, który walczył w Powstaniu Warszawskim. Ludzie z taką przeszłością, nawet jeśli udało im się przeżyć więzienie, byli do końca życia napiętnowani. Tymczasem Jankowski, pracując na eksponowanym stanowisku, robi w PRL-u błyskotliwą karierę zawodową, mogąc bez przeszkód wyjeżdżać za granicę.
Sam Jankowski nie potrafił wytłumaczyć tego fenomenu. Być może przed ubeckim więzieniem, uratowało go zaangażowanie w odbudowę Warszawy i uznanie jakie dzięki temu zyskał u prominentnych oficjeli.
Jankowski staje się popularny. Udziela wywiadów, pisze artykuły o warszawskiej architekturze. Zyskuje sławę budowniczego Warszawy. W latach 1960-1961 przebywa w Iraku, gdzie tworzy plany urbanistyczne Basry, Mosulu i Karbali. W latach 1964-1965 kieruje polskim zespołem pracującym w zniszczonym trzęsieniem ziemi Skopie. Uczestniczy w pracach zespołu odbudowy Chimbote w Peru, które również ucierpiało w wyniku trzęsienia ziemi.
W swojej karierze architekta Jankowski zdobywa kilkadziesiąt nagród i honorowe członkostwo stowarzyszenia architektów w USA i Meksyku.
Przez 30 lat pracuje jako architekt-urbanista przy odbudowie i rozwoju Warszawy. Jak napisze w swoich wspomnieniach – „Nie wyobrażam sobie piękniejszej roboty”.
Stanisław Jankowski „Agaton” zmarł 5 marca 2002 roku w Warszawie – mieście, z którym związane były zarówno najszczęśliwsze jak i najbardziej tragiczne momenty jego życia. Mieście, w którym walczył i które podnosił z gruzów.

Bibliografia: 
S. Jankowski, Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie. Wspomnienia 1939-1946, Warszawa 1988
K. Leski, Życie niewłaściwie urozmaicone. Wspomnienia oficera wywiadu i kontrwywiadu AK, Warszawa 1989

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

komentarze z Blox:

2011/04/20 08:29:08
Życie jakby wzięte z jakiegoś scenariusza filmowego … gdybym obejrzała taki sensacyjny film i to pewnie w kilku odcinkach, to pewnie stwierdziłabym, że scenariusz troche podkoloryzowany na potrzeby akcji i budowania napięcia. A tu proszę … samo zycie.
Najbardziej burzy się we mnie krew na mysl o tym jak cierpiała większość zasłużonych w czasie wojny ludzi przez politykę komuchów. Ileż takich biografii pozostanie już w zapomnieniu …
2011/04/20 20:18:06
Zawsze zastanawiam się dlaczego przy takiej ilości gotowych „scenariuszy”, od ponad 20 lat nie może powstać w Polsce dobry film wojenny?
Powstał fantastyczny film o lotnikach walczących w Anglii i o tym co zastali po powrocie do kraju opanowanego przez komunistów. Ten film to „Ciemnoniebieski świat” i nakręcili go… Czesi, których w Anglii latało kilkakrotnie mniej niż Polaków…
Ci sami Czesi nakręcili „Tobruk” opowiadający o czesko-słowackim batalionie, który tam walczył. Pewnie niedługo nakręcą filmy, w których dowiemy się, jak to Czesi bohatersko walczyli pod Monte Cassino i w Normandii…
O tym, że takie filmy stanowią świetną promocję dla kraju, Amerykanie, Anglicy, czy Żydzi, wiedzą już od dawna. Teraz okazuje się, że nawet Czesi, to potrafili wykorzystać…
A u nas tylko „patriotyczne” gadki i rozdzieranie szat nad tym jak to nasz wojenny wkład jest niedoceniony na świecie. Jak nas mają docenić, kiedy nic o nas nie słyszeli?
Z drugiej strony, jak sobie pomyślę, że mogłaby powstać jakaś bogoojczyźniana męczeńska laurka, w stylu szkolnej akademii „ku czci”, to może lepiej, że u nas nic nie kręcą…
Cała nadzieja w tym, że kiedyś ktoś z Hollywood odkryje życiorys, któregoś z naszych dziadków i zrobi z tego dobry film, dzięki któremu świat o nas usłyszy.
Na razie Peter Weir nakręcił „Niepokonanych”. Pozostaje mieć nadzieję, że na tym się nie skończy:-)pozdrawiam :-)
Gość: sywia, aach125.neoplus.adsl.tpnet.pl
2011/10/13 18:52:41
to muj kochany dziadek bardzo się ciesze ze ta strona powstał w tym internecie
2011/10/13 22:49:49
Witam
Napisałem ten tekst, żeby nieco przybliżyć sylwetkę Stanisława Jankowskiego. Jednocześnie miałem nadzieję, że w ten sposób zachęcę do przeczytania Jego wspomnień na podstawie, których powstał ten wpis.
Cieszę się, że odwiedziłaś mój blog i pozdrawiam :-)

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.